Gdybym trafił na dEUS wcześniej, kiedy to eksplorowałem rejony europejskiego art-, alternetive i indie rocka, belgijski zespół uczyniłbym prawdopodobnie jednym z najbardziej hołubionych. Dołączyliby niechybnie do grona Noir Desir, albo The Notwist. Tak się jednak nie stało. Przygoda z dEusem zaczęła się w późnym liceum, kiedy w moim odtwarzaczu królowały już zupełnie inne gatunki. Skończyło się jedynie na kilku odsłuchach The Ideal Crash, dwóch późniejszych płytach, i dołączeniu do playlisty kilku hiciaków.

Supportem był szerzej nieznany zespół Little Kids Trouble, tworzony przez dwójkę muzyków obojga płci. On z gitarą, ona przy mikrofonie, waląca w werbel i stopę. Sami mieli świadomość swojej niszowości, o czym świadczyła krótka pogadanka z publicznością na samym początku: „OK, we don’t know you, you don’t now us. Time to get to know each other better!”. To przełamało pierwsze lody, częściowa sympatia publiki została zaskarbiona. Dalej szło już tylko lepiej. Energetyczne riffy gitary przesterowanej do granic możliwości, charakterystyczny, zapadający w pamięć wokal. Po kilku piosenkach muzycy poczuli się swobodniej i dali pokaz naprawdę dobrego rockowego grania w stylu The White Stripes. Jedynym mankamentem tego występu mogła być wtórność wykonania wszystkich utworów. Po 4 piosenkach pragnąłem zmiany rytmiki chociaż w jednej piosence. Nie doczekałem się. Mimo wszystko pozostawili po sobie miłe wrażenie. Na pewno po koncercie liczba „lajków” wzrosła.

Po półgodzinnej rozgrzewce nastąpiło długie podpinanie instrumentarium głównej gwiazdy wieczoru. Wszyscy zdążyli już kupić kolejne piwa, wypalić po dwa papierosy, a z offu wciąż sączyła się ubiegłoroczna płyta Keep You Close. W końcu po dobrych 20 minutach na scenę wkroczyli Belgowie. Frontman, Tom Barman, w rozpiętej koszuli, tak aby pierwsze rzędy mogły podziwiać jego tors, do tego jeszcze papieros. Swój koncert zaczęli wysmakowanym The Final Blast, w  niezwykle dopieszczonym wykonaniu, jak gdyby chcieli powalić słuchaczy dbałością o każdy szczegół już na starcie. Dobrze słyszalne smyczkowe wstawki, wybijający się ponad średnią bas. Wielki projektor rzucał na muzyków zmyślne wizualizacje (kto wie, może dobrane przez samego barmana, który trudni się robieniem filmów w czasie wolnym od pracy), światła reflektorów, nieco kolidowały z odbiorem tego przekazu, ale ogólne wrażenie było pozytywne. W następnej kolejności było singlowe The Architect, które tchnęło w publikę trochę podrygiwania.

Co ciekawe, zespół nie skupił się na promocji ostatniego krążka, ale zgrabnie przeplatał świeże utwory z tymi już dobrze znanymi, ogranymi na wszelkich możliwych trasach. Weźmy chociażby takie Instant Street, poprzedzone krótkim dialogiem z publicznością. Tom zapytał kto pamięta ich ostatni koncert w Polsce z 1999 roku. Blisko połowa sali podniosła ręce, co było najlepszym weryfikatorem tego, kto przyszedł do Proximy tego wieczoru. Dominowali panowie w przedziale wiekowym 30-50 lat, ale widoczne były także obściskujące się pary z racji, iż był to Dzień Kobiet.

Wracając do samej muzyki, powściągliwie rozpoczęte Instant Street, z każdym kolejnym refrenem przybierało na agresywności, aby na samym końcu wybuchnąć w dźwiękowym kotle, z którego przebijał się niesamowicie efekciarski riff. Poziom decybeli nie spadał – Dark Sets In z zadatkami na kolejny hit, a potem nieco kiczowaty Ghost. Zastanawiałem się przed rozpoczęciem koncertu, czy usłyszę te plemienne, indiańskie chórki „uh-ah!”. Niestety nie zawiodłem się.

W dalszej kolejności zagrane zostały dwa openery: zeszłorocznej płyty Keep You Close i Bad Timing, które mogło zachwycić misternością przygotowania. Wejścia na odpowiednie fale przesteru, aby móc rozpocząć utwór – godne docenienia. Po tym tracku grupa udała się na głębszy łyk wody, żeby za chwil kilka wrócić na krótki bis z nieco spokojniejszym Twice (We Survive) i dwoma utworami z wcześniejszych płyt.

Zespół zagrał równy i porządny koncert, który na pewno ukontentował publiczność zgromadzoną się tamtego dnia w Proximie. W ich zachowaniu na scenie widać było ogromne doświadczenie, pewność siebie i swobodę. Sami muzycy mogli wywieźć z Warszawy tylko dobre wrażenia, bo odzew publiki oraz chemia jaką udało się im stworzyć ze słuchaczami były elementami, które świadczyły o jakości tego koncertu. To był dobry Dzień Kobiet.

Nie ma więcej wpisów