Trzy lata po ukazaniu się debiutanckiego albumu Reservoir, brytyjski zespół Fanfarlo prezentuje nam drugie wydawnictwo, które światło dzienne ujrzało 28 lutego. Od samego początku trudno było zdefiniować styl grupy, bo potrafili zaskoczyć dźwiękami w każdym kawałku. Okrzyknięto ich reprezentantami indie folku i chamber popu. Na Rooms Filled With Light Fanfarlo kontynuują przygodę z folkiem, dodając do tego kilka eksperymentalnych smaczków.

Muszę przyznać, że trochę się rozczarowałam. W porównaniu z debiutem, który był powiewem folkowej świeżości i zbiorem wesołych, bezpretensjonalnych, prostych piosenek, jego następca wypada słabiej. Być może dlatego, że artyści trochę przekombinowali. Niby nie odeszli od swojego wypracowanego stylu, ale zastosowawszy kilka orkiestrowych sztuczek, lekko przedobrzyli.

Początek płyty jest dynamiczny i zapowiada niezłą zabawę. W drugiej połowie werwa gdzieś zanika i piosenki z tej części praktycznie szybko uciekają z głowy. Singlowe Deconstruction jest bardzo radosnym akcentem i świetnie dobraną piosenką, która ma promować płytę. Tutaj akurat eksperymentowanie wyszło zespołowi na dobre, podobnie jak w Shiny Things, które zapada w pamięć na dłużej.

Na wyróżnienie zasługują Tanguska – jeden ze spokojniejszych utworów na tej płycie, ale dzięki chwytliwej melodii i wokalom wypada ciekawiej na tle innych piosenek, Tightrope – tak pozytywna, że nogi zaczynają tańczyć same, a brawa należą się sekcji dętej oraz Feathers – zespół serwuje nam tutaj elementy brzmienia „plażowego” w związku z czym piosenka ma potencjał na przebój lata. Tak, zdecydowanie, kiedy teraz jej słucham, myślami jestem na wakacjach. Słychać tutaj wyrazisty perkusyjny rytm i gitary – i to się bardzo chwali.

Mimo słabych punktów płyta nie jest zła i warta uwagi, a już z pewnością zyskuje przy kolejnych odtworzeniach. Szczególnie dla miłośników Arcade Fire.

Nie ma więcej wpisów