Jakże radosny dzień nastał! Dzisiejszego wieczoru będzie pięknie, cudownie i błyszcząco! Dlaczego? Dziś, moi drodzy Państwo, święto muzyki. Tak, tak! Wielu pewnie chciałoby napisać, że chyba sobie kpię, bo przecież Grammy to typowa impreza masowa dla średnio inteligentnych przedstawicieli społeczeństwa czy już w ogóle nastolatków, których życiowe problemy wycięto z magazynu Bravo. I jest w tym dużo racji. Od tego typu gali nie można oczekiwać, że stanie się wieczorkiem poetyckim, na którym kobiety w swetrach będą śpiewać o erotycznych uniesieniach w malinowym chruśniaku. Grammy ma przecież idealnie odzwierciedlać poziom ówczesnej muzyki. I przyznaję – udaje się.

Jeśli włączasz Grammy, to wiesz, że Rihanna będzie hasać w prześwitującej bluzce, Nicki Minaj zrobi kretyńskie show, w którym skarykaturuje sama siebie nawet o tym nie wiedząc, a Chris Brown zaśpiewa z playbacku, bo dzisiejsi artyści w większości nie posiadają takich zdolności, jak choćby ci sprzed kilkunastu lat. Zresztą Grammy to przecież trochę wioska. Można nawet odnieść wrażenie, że organizatorzy chyba nie wyczuwają granicy żenady i dlatego pozwalają na bezsensowne wplatanie motywów kościelnych. Jeśli chcesz oglądać Grammy czy Brit Awards, nastaw się na to jak na kolejną część The Hangover, albo po prostu sobie odpuść.

„Ale przecież jakieś pizdusie grają Beach Boysów!”. Tak, świętokradztwo i bluźnierstwo. Artysta popowy, od nieznośnego hitu z gwizdaniem, dopuszcza się coverowania zespołu, który kochasz i od którego najprawdopodobniej zaczęła się Twoja wielka przygoda z muzyką. Niestety koła, na których można tych bezbożników łamać już usunęliśmy i jedyne co pozostaje, to zaakceptowanie lub (o zgrozo!) nawet docenienie, że Grammy nieudolnie, ale jednak, stara się przyciągnąć przed ekran bardziej wybrednego widza. Patrz: McCartney, Radiohead czy lub Bon Iver.

I Paul McCartney też tam jest? Wszyscy lubimy kasę, to stara prawda i z pewnością się to nie zmieni. Co więcej, lubimy nagrody. Bon Iver jest tego doskonałym przykładem. Na początku Justin Vernon zapowiadał bojkot gali – chciał zagrać coś swojego, ale mu nie pozwolili. Co prawda nie zgodził się na ich warunki i ostatecznie nie wyszedł na scenę z instrumentem ale też nie zbojkotował samej gali i odebrał nagrodę, co wywołało wielką konsternację wśród milionów młodych Amerykanów . Są usprawiedliwieni – mieli go prawa nie znać, to przecież debiutant.

W całym wydarzeniu nie bez znaczenia jest śmierć, nie tylko jednej jak się wydawało, ale dwóch wielkich artystek. Whitney Houston zmarła na kilka dni przed rozdaniem nagród i to jej został oddany większy hołd niż Ettcie James, o której zaledwie wspomniano przy wykonaniu jej piosenki. Jasne, był to trochę sztuczny patos. W oczy rażą tysiącwatowe żarówki i nagle okazuje się, że wszyscy podziwiali Whitney, wszyscy są przejęci jej śmiercią i składają ręce, zamykają swoje ubezpieczone na miliony dolarów oczy i zwracają się do niebios. No tak naprawdę się nie zwracają, wszyscy to wiemy. To gra, i trudno byłoby wmawiać sobie, że nie działa.

Tak było i tak będzie. I choć bardzo byś chciał, dobra muzyka nie zdobędzie mnóstwa nagród. To nie oni, a gwiazdy radia będą kicać w złotych marynarkach, a jedyne na co Ty możesz liczyć, to występ gwiazdy minionej epoki i nominacje dla artystów, którzy w swojej karierze wydają najgorszy album. A zaraz po tym, jak zgasną światła, będzie mówiło się o serdelowych paluchach Adele, kreacjach które łączą się z motywami cyber-punkowymi, słabych fryzurach i całej tej otoczce. Bo właśnie to czyni Grammy popularnymi, w myśl zasady „nie ważne jak, ważne żeby mówili”.

Nie ma więcej wpisów