Przyznam, że byłam dość sceptycznie nastawiona do tej płyty. Nie ze względu na tytuł, wiek autorki czy też nawet na to, że to krążek polskiej młodej wokalistki. Sceptycyzm wziął się z iście krzyczącego popem powiewu i to powiewu całkiem mocno odczuwalnego.

Krzyk to drugi krążek Izy Lach. I jeśli porównam go z innymi popowymi płytami wydanymi w ciągu, powiedzmy, ostatnich dwóch lat, to plasuje się na jednym z lepszych miejsc. Sama artystka przyznaje się do różnorakich inspiracji: Ellie Goulding, Lilly Allen, Air, Michael Jackson, Snoop Dogg, The Beatles – i to słychać. Krzyk nie jest jednak garem pełnym wymieszanych gatunków. Jak już mówiłam, płytę łatwo sklasyfikować i wrzucić do szuflady z popem. Album jest spójny, a zarazem pełen smaczków. Już przy drugim przesłuchaniu chwytamy momenty flirtu z trip-hopem, elektropopem, nowoczesną muzyką taneczną i miejskim, kobiecym R&B. Płyta jest spleciona głównie z programowanych bitów i klawiszowych plamek, do których od czasu do czasu dochodzą sekcje smyczkowe.

Jeśli chodzi zaś o stronę liryczną, teksty dotyczą głównie relacji damsko-męskich. Autorka – sama Iza – na przestrzeni długości płyty zbudowała ciekawe historie. Każdy z utworów opowiada o innym aspekcie bycia w związku: pierwsze spojrzenie i zachwyt (Chociaż raz), strach pojawiający się przy rozstaniu lub nawet samej jego ewentualności (Tylko mój, Iść stąd, Wydaje mi się), aż do tego straszliwego momentu rozstania (Nic więcej). Nie da się odmówić Izie talentu do pisania tekstów, takich „trafiających”. W większości są to opowieści powiedziane wprost, a jeśli już wkrada się jakaś metafora, to jest ona dosyć czytelna i bez większych problemów można ją zrozumieć. I w ten oto sposób Iza Lach jest na najlepszej drodze do zagwarantowanego miejsca w czołówce rodzimej popowej sceny muzycznej. Ta dziewczyna niewątpliwie zaistnieje jeszcze u szerokiego grona odbiorców na jej własnych warunkach i wreszcie spełni się sen o dobrym młodym reprezentancie polskiego popu.

Trudno mi z tej płyty wybrać moment najlepszy, zapierający dech w piersi. Jest to płyta dobra, warta przesłuchania, ale ja chyba nie będę sięgać po nią zbyt często. Reasumując – nie zakrztusiłam się, nie udusiłam. To był jedynie lekki, malutki haust nadchodzącej wiosny. A wiosna nadchodzi rok po roku, etapami. Ten pierwszy, nieśmiały i prawie niezauważalny – dla mnie – uważam za zaliczony.

Nie ma więcej wpisów