Nie jedzmy! Pijmy! Dźwięk pijmy! – zdaje się krzyczeć tytuł EP-ki Jamesa Vincenta McMorrowa. I nie bez kozery ma na to przyzwolenie. Irlandczyk śpiewa, pisze i komponuje tak, jakby chciał wykrzyczeć duszę i podać w kubku do wypicia.

Jeśli ktoś jest zainteresowany czymś takim jak szczerość i autentyczność współczesnego singer/songwritingu, to tak się składa, że pierwszy kawałek na We Don’t Eat wypada tutaj znacznie lepiej, niż chociażby Fleet Foxes (przy całej bezpretensjonalności brzmią przy McMorrowie jak produkt sztabu specjalistów od marketingu). Tutaj, już na starcie, otrzymujemy sporą dawkę nie tylko świetnego głosu, ale i tekstu (może przede wszystkim tekstu?). Podczas słuchania nietrudno wyobrazić sobie ocean w którym się tonie. Ocean, w którym szukamy nadziei, chwytając sieci które przecież zostały rzucone przez poszukujących tejże właśnie. Łatwo się znaleźć wśród sekretów, tych delikatnych i skrytych.

Jeśli chodzi o walory czysto muzyczne –minimalistyczna instrumentalizacja, wszechstronny w barwie i nastroju głos Jamesa oraz domowe warunki produkcji owej muzyki to istotne elementy, które kreują i kształtują klimat twórczości Jamesa. Przede wszystkim chodzi tutaj o głos McMorrowa – ascetyczny kręgosłup brzmień eksponuje go w całej okazałości.

Perłą na EP-ce jest niewątpliwie cover Wicked Game. McMorrow stworzył rzecz, o którą trudno. Z przemaglowanej i wyeksploatowanej do granic możliwości piosenki Chrisa Issaka wydobył głębię. Przesłuchałam raz, drugi. James operuje swoim głosem w sposób chwytający za gardło – wzrusza i nastraja nostalgicznie.

James porównywany jest do Bon Iver. Jeśli się nad tym głębiej zastanowić – bardzo dużo ich łączy. Podobna maniera śpiewania, podobne minimalistyczne podejście do wykorzystania instrumentów oraz teksty. Mam jednak nadzieję, że James Vincent McMorrow pokaże wkrótce coś więcej i odejdzie od wizerunku tak dobrze nam już znanego Jasona Vernona.
A tymczasem – dźwięku byście się napili!

Nie ma więcej wpisów