Nina Kraviz zdążyła już zamieszać w deep house’owym światku, zarówno po naszej wschodniej granicy, gdzie występuje w czołowych moskiewskich klubach, jak i zachodniej, gdzie jako koleżanka Bena Klocka mogłaby dawać już supporty przed jego koncertami w Berghain. I wydaje się się, że cały ten hype jest jak najzasadniej umiejscowiony.

W utworach na debiutanckim długograju Niny, wydanym przez Redkids, można znaleźć sporo kontrastów. Obok niskich tonów pojawiają się wykończenia w postaci srebrzystych syntezatorowych pasaży i absorbujących ucho przeszkadzajek. Weźmy chociażby singlowe Ghetto Kraviz, gdzie w środkowej części utworu pojawia się właśnie ów pasa wraz z tamburynowym ozdobnikiem, dopełniającym agresywną motorykę utworu. Słychać także krótkie, trip-hopowe wpływy w postaci trzeszczącego, wysamplowanego otwarcia w Taxi Talk i Choises, gdzie ta gatunkowa wrzutka jest podstawą tła.

Najbliższe deep house’owym korzeniom jest Love or Go. Solidny, typowo klubowy track, gdzie wiodącą rolę odgrywa masywna warstwa rytmiczna, wokal Kraviz i eteryczne tła. Wyraźne, klubowe ciągoty słychać także w minimalistycznym Petr i wcześniej już wspomnianym Ghetto Kraviz, gdzie Nina udowadnia, że potencjał swojego głosu potrafi wykorzystać zarówno w warstwie wokalnej, jak i muzycznej.

Przestrzeń brzmieniowa płyty jest dosyć szeroka. Kolejne składowe utworów są od siebie daleko odsunięte, co pozwala łatwo przypatrzeć się każdemu z nich i nierzadko pozachwycać nad warstwą teksturalną. Ta wszechobecna dźwiękowa separacja, wraz z wcześniej wspomnianymi kontrastami i misternymi układankami elementów, które wydawałoby się że do siebie nie pasują, tworzy rzecz niezwykle świeżą.

Najbardziej niejednoznaczne utwory to Best Friend i 4 Ben. Pozbawione strukturalnego szkieletu, pozostawione same sobie, dryfują w nieznanym kierunku, a przy tym porażają swoim transowym charakterem. Do tego grona można dołączyć jeszcze ambientowe The Needle, wypełnione trzaskami, ulatującym basowym podkładem i płaczliwym, zawodzącym synthem.

Zamykające płytę Fire, minimalistyczne, zbudowane z szepczącego wokalu, zapętlonej partii syntezatorów w tle, gdzie wszystko zatopione jest w chmurce ulotnego szumu, jest utworem najmocniej zapadającym w pamięć. Nina otwiera duszę i wypuszcza z niej pragnienia najgłębsze, bo te dotyczące uczuć. Zewsząd wyłazi mrok,który niepostrzeżenie potrafi wgryźć się w słuchacza, fundując przy tym dreszcze przez 4 i pół minuty. Warstwa muzyczna umiejscawia to wyznanie w rejonach kobiecej wrażliwości, mam wrażenie, że dotąd jeszcze nie zgłębionych, gdzie można odnaleźć: rozpacz, tęsknotę, potrzebę bliskości, ale także i świadomość egzystencjalnej pustki życia doczesnego. Gdyby Lynch kręcił kontynuację Twin Peaks, Fire mogłoby otwierać nowy soundtrack, który być może stałby się, obok tego spod ręki Badalamentiego, kolejną pozycją kultową. Swoją drogą nawet okładka przywołuje skojarzenia z postacią Donny, z burzą falujących włosów.

Pani Kraviz pokazała na co ją stać, serwując płytę eklektyczną i ciekawą brzmieniowo, która na nie pozwala się nudzić. Dobrze byłoby gdyby wracając do swojej rodzinnej Syberii odwiedziła także i nasz kraj.

Nie ma więcej wpisów