Umówiliśmy się z Naczelnym, że sprawię sobie wirtualne widły i poprzerzucam dla Was sterty tego, co zalega po różnych soundcloudach, bandcampach i myspace’ach. Że podwinę spodnie, stanę sobie w strumyku, wezmę sitko i poprzesiewam trochę ten zamulony, youtubowy piasek. Nie każdą obórkę i nie każdy strumyk obejrzę. Skupię się na tym co lubię i na czym się znam, więc głównie przeczytacie tu o scenie wschodniego Londynu, choć jeśli mnie coś zachwyci, to powędrujemy nawet do Stanów albo na Antypody, bo tam również uważnie strzygę uchem. Jak będzie słabo, też napiszę. Postaram się jednak oszczędzić wam jadu i frustracji, wszak mamy ich dookoła wręcz w nadmiarze.

U nas prawie wiosna, w Londynie od paru tygodni kwitną już (i pachną pięknie!) drzewa owocowe, a co bardziej spragnieni nowych dźwięków fani wyglądają wielkiej muzycznej majówki, czyli festiwalu Camden Crawl. Odbywający się na początku maja, nieprzerwanie co roku od 17 lat, wielki muzyczny event otwiera nie tylko sezon festiwalowy w stolicy Wielkiej Brytanii, ale jest też często pierwszą okazją do szerszej prezentacji dla wielu początkujących, wyspiarskich artystów. To właśnie na Camden Crawl zaczynali swe kariery m.in. Klaxons, Hot Chip, The XX, to tu stawiały pierwsze sceniczne kroki Adele i Amy Whitehouse. Ta ostatnia, będąc już znaną gwiazdą, dała na festiwalu jeden ze swych najbardziej pamiętnych koncertów, występując w legendarnym wręcz miejscu, pubie Dublin Castle, w latach 90. głównej londyńskiej imprezowni gwiazd (i fanów oczywiście) kwitnącego wówczas w najlepsze Britpopu. Tak, dokładnie, pubie – bowiem Camden Crawl to prawdziwy festiwal „w chmurze”, że zaczerpnę z informatycznego żargonu, dziejący się w ciągu tych trzech weekendowych dni w kilkudziesięciu klubach i pubach Camden, nie licząc dużej centralnej sceny, stojącej na świeżym powietrzu w samym sercu dzielnicy. Nazwa przecież też nie wzięła się znikąd – „pub crawl” to przecież jedna z bardziej popularnych, weekendowych zabaw wyspiarzy, polegająca na, nietrudno się domyśleć, piciu przez całą noc w coraz to innym miejscu.

Tegoroczna edycja odbędzie się w dniach 6-8 maja. Gwiazdami będą m.in. Glasvegas i The Futureheads. Mnie oczywiście najbardziej interesują brytyjskie nowalijki – i już w lineupie wypatrzyłem kilku moich faworytów ostatnich miesięcy.

Londyński kwintet Toy od razu budzi skojarzenia z The Horrors, a jakby tego było mało, muzycy są protegowanymi Rhysa Webba. Działają od półtora roku, zdążyli zaliczyć występy na festiwalach Field Day i 1234, trasę z zespołem starszego kolegi z branży i kontrakt z Heavenly. Zamiłowanie do mrocznych, mellotronowo-korgowych pejzaży, podszytych nerwowym ściegiem motorycznej sekcji wyraźnie wskazuje na krautrockowo-psychodeliczne fascynacje, więc na ucieczkę od porównań do autorów Skying na razie nie ma co liczyć. Wydany na przełomie 2011 i 2012 roku singiel Left Myself Behind – nie tylko do downloadu ale też, jak przystało, na winylu – zachwycił m.in. recenzenta Guardiana, który wskazał również na podobieństwa do Pulp, Stereolab i Felt. Lubię i trzymam kciuki.

[media width=”670″ height=”400″ link=”http://youtu.be/dcQ2nXDvWDY”]

Cieszy mnie ożywienie, jakie w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zapanowało na scenie oksfordzkiej. Zeszłoroczny debiut Chada Valley’a, hype wokół Totally Enormous Extinct Dinosaurs, coraz odważniejsze poczynania Trophy Wife  czy wreszcie radosne, bogate brzmieniowo, sięgające do korzeni popu single Fixers . Ci ostatni kupili mnie na dobre w zeszłym roku kawałkiem Iron Deer Dream w którym pobrzmiewają echa The Beach Boys (choćby God Only Knows czy Here Today) i Grizzly Bear (Two Weeks!). Debiutancki album zatytułowany We’ll Be the Moon zapowiadany jest na 14 maja, na Camden Crawl pojawią się zatem tuż przed premierą. Tu Iron Deer Dream w remiksie mojego oksfordzkiego ulubieńca, Hugo Manuela:

[media width=”100%” height=”166″ link=”http://soundcloud.com/fixerstheband/iron-deer-dream-chad-valley”]

Razem z nimi na festiwalu zagrają też wspomniani Trophy Wife. Wydana pod koniec zeszłego roku EP-ka Bruxism, w produkcji której partycypował  m.in. Yannis Philippakis z Foals zwraca uwagę intrygującym połączeniem melancholijnie tanecznych, elektronicznych melodii przywodzących na myśl debiut  Delphic i z niepokojącym, subtelnie dawkowanym napięciem znanym z drugiej płyty wspomnianych   Foalsów.  Przyznacie, że w tym kontekście ukuta przez członków zespołu definicja ich muzyki („pozbawione ambicji biurowe disco”) brzmi jak niewyszukana kokieteria.

[media width=”100%” height=”166″ link=”http://soundcloud.com/trophywifeband/trophy-wife-canopy-shade-1″]

Nie ma więcej wpisów