Wielki dorobek kulturalny ludzkości da się poznać wyłącznie na wyrywki. Mnie zawsze interesowały dzieła najcięższego kalibru. W szkole do poduszki były Biesy, potem zachciało się Zaratustry Nitzschego, ale się poddałem. Dalej było kontemplowanie Dalí’ego, bo w końcu mistycyzm, psychologia i metafizyka wrzucone razem na kawałek płótna musiały zaprowadzić mnie do wniosków fundamentalnych dla mojego życia. Oczywiście nie mogłem pominąć w tym szczeniackim okresie zmierzenia się z koncept-albumami. Czytane kątem oka recenzje tych płyt, aby tylko nie odkryć przed sobą samym zbyt wiele, aby tylko trochę naiwnie pomóc sobie w odkryciu „na własną rękę” ogromu intelektualnej głębi. I chociażby wylewały się z tych moich obcowań z kulturą wysoką wiadra pretensjonalności czy gówniarskiej wyniosłości, to mniej się wstydzę kiedy czytam, że Nika Roza Danilova a.k.a. Zola Jesus miała ciągoty podobne do moich. Odczuwam niezmąconą radość, że oto istnieje między nami taka więź. Nasze młodzieńcze próby kształtowania swojej osobowości i światopoglądu choć trochę się pokryły. U niej był Zola, u mnie Dostojewski. Ale to Nika poszła za ciosem…

Wychowywała się w Merill, oddzielona od świata lasami, bez kablówki i Internetu. Nie miała jak spotkać się z ze złem wyzierającym z dobrodziejstw rozwoju cywilizacyjnego. Jej najbliższym kompanem był starszy o rok brat. Kontaktu z rówieśnikami miała mało, może chociażby dlatego, że zasłuchiwała się w The Residents, czy Stockenhausie. Ojciec był myśliwym, po domu często walały się resztki martwych zwierząt, które biedna Nika musiała sprzątać. Już w bardzo młodym wieku zainteresował ją śpiew operowy. Jako perfekcjonistka potrafiła okładać się policzkami, aby ukarać się za niewystarczająco dobre wykonanie najmniejszej frazy. Nie mogła zaakceptować ograniczeń związanych z niepełnym ukształtowaniem swojego głosu. Niepocieszona efektami, rzuciła śpiewanie po kilku latach. Wtedy zwróciła się w kierunku takich muzycznych ekscentryków, jak Diamanda Galás czy Lydia Lunch. Potem zeszła na nieco bardziej tendencyjną ścieżkę i zaczęła tworzyć własne piosenki w swoim pokoju, przygrywając sobie keyboardem i automatem perkusyjnym. Jakiś czas potem wydała swojego pierwszego minisingla, Soeur Sewer, a następnie wszystko potoczyło się już szybko. Co prawda produkcje zrealizowane na progu kariery zanurzone w lo-fi, nie powalały kunsztem i bogatym intstrumentarium, ale nie w tym rzecz. Po muzycznych niepowodzeniach z dzieciństwa, które na pewno odcisnęły na niej swoje piętno, Nika się otrząsnęła. Wypracowała nową formułę, której nigdy nie przestała zgłębiać. Cały ten proces doprowadził ją do miejsca, w którym jest teraz. I mimo, że pierwszy długograj, New Amsterdam, przy Conatus wypada jak Raditude przy Pinkerton, to nad całą twórczością Zoli Jesus wciąż unosi się ta sama aura . Z jedyną różnicą – im dalej, tym coraz ciemniej i smutniej.

To, co odróżnia Zolę od zwykłych śmiertelników, to świadomość celu i miejsca, jakie zajmuje w świecie. Spokojnie, nie mamy do czynienia z syndromem ofiary szlachetnej (choć Jezus robi tu swoje). Nika pojmuje życie jako dynamiczny proces, składający się z ze smutków, niepowodzeń, rozczarowań, ale również chwil szczęścia i satysfakcji, które przynoszą to, co robimy w życiu. Krystalizuje swoje inspiracje poprzez chęć pozostawienia po sobie śladu w tym świecie. Jej pojmowanie muzyki jest niezwykle emocjonalne, związane z nią samą, z istotą jej osoby. To przykład artystki, która jak mało kto wyraża siebie poprzez muzykę i to jak ją pojmuje. Zafascynowana filozofią Nietzschego czy Schopenhauera, swój zeszłoroczny album ubrała w mroczne, gotyckie sukmany przesiąknięte odwołaniami do dorobku tychże myślicieli. Według niej wszelkie generalizowanie muzyki, zawieranie jej w notacji lub zorganizowanej aranżacji, zabija istotę przekazu, czyli emocje.

Ponoć na pisaniu o muzyce kończą frustraci, którzy nigdy nie mieli wystarczająco dużo talentu i samozaparcia by zacząć grać na poważnie. Ale przyznajcie się – kto z Was okładałby się po nieudanej próbce wokalnej? Nie widzę rąk w górze. Już mi lepiej. I jeszcze jedno – Zolo Jesus, przepraszam za Nietzschego…

 

Zobacz także:
RELACJA Z KONCERTU: To wszystko jest, po prostu, czystą magią.
NEWS: Zola Jesus ponownie w Polsce
GALERIA: Zola Jezus podczas koncertu w Warszawie

 

Nie ma więcej wpisów