Gdyby na początku lat osiemdziesiątych ktoś powiedział Cliffowi Martinezowi, że pod koniec dekady zostanie kompozytorem muzyki filmowej, pewnie zaśmiałby się drwiąco, albo przynajmniej zdziwił.

58-letni muzyk urodził się na nowojorskim Bronxie, wychował w Ohio, a w ’76 roku przeniósł się do Kalifornii. Podróż po Stanach w poszukiwania stałego miejsca zamieszkania nie była jedyną w przypadku Martineza. Historia jego zainteresowań muzycznych obrała podobny kurs: kręty, różnorodny, z licznymi przystankami przy różnych gatunkach. Dorastając słuchał Beatlesów, Led Zeppelin, Milesa Davisa i Black Sabbath. Jednym słowem na rockowo. Wraz z przeprowadzką do Los Angeles, jego upodobania muzyczne także się zmieniły. Martinez odkrył bowiem nową miłość: punka. Zawzięcie zaczął też walić w bębny i musiało wychodzić mu to całkiem nieźle, skoro jego wyczynów możemy do tej pory słuchać na płytach The Weirdos czy Lydii Lunch. Muzyk grał też na bębnach na ostatnim albumie Captain Beefhearta i, jak głosi plotka, tak bardzo zależało mu na posadzie, że przed przesłuchaniem grał na perkusji bez przerwy 70 godzin.

Ważnym etapem w życiu Martineza był trzyletni angaż w Red Hot Chili Peppers, kiedy to pod koniec ’83 dołączył do zespołu zastępując Jacka Ironsa. Nasz bohater nagrał z grupą dwie pierwsze płyty, ale według reszty redhotów po jakimś czasie stracił zapał do grana, a ż e sam odejść nie chciał, to Keidis i Flea podjęli decyzje za niego wyrzucając go z zespołu.

Mimo, że rumakowanie z redhotami się skończyło, to Martinezowi i wszystkim fanom muzyki filmowej wyszło to na dobre. Mniej więcej z tym samym czasie, pod koniec lat 80. zaczął się interesować rozwojem technologii muzycznej, co kazało mu zboczyć z rockowiej ścieżki i skierować swe kroki w stronę kompozycji filmowych. W nowej roli zadebiutował w popularnym amerykańskim programie dla dzieci Pee-Wee’s Playhouse. Jak kawałek wspomina sam Martinez były to ‘agresywne, dziwne dźwięki wydawane przez moich przyjaciół, które przegrałem na konsolę perkusyjną MIDI’. Opłaciło się, bo kolaż dźwiękowy usłyszał Steven Soderbergh, który natychmiast zaprosił Martineza do współpracy przy Sex, Lies and Videotape. Był to rok 1989 i który zmienił wszystko.

Produkcja nie tylko rozpoczęła nową erę niezależnego kina, ale otworzyła również drzwi kariery aspirującemu kompozytorowi.  Soderberghowi praca z Martinezem spodobała się tak bardzo, że współpracowali jeszcze nie raz. Cymbały w Kafce z 1991 roku, pianino w Angolu z końca lat dziewięćdziesiątych czy pozostające w pamięci bębny będące motywem przewodnim kompozycji do Solaris – wszystko to dzieła naszego bohatera.  Pochwalić się może także między innymi nominacją do Grammy za najlepszą ścieżkę dźwiękową do Traffic z 2001. roku oraz nagrodą BMI Film Music za ten sam film.

Dzisiaj Martineza najczęściej można znaleźć w swoim studiu na zachodzie San Fernando Valley otoczonego instrumentami, których większość śmiertelników nie byłaby w stanie nazwać. Ulubionym instrumentem muzyka jest cristal baschet, którą po raz pierwszy zobaczył w wieku dziesięciu lat spacerując po krętych korytarzach nowojorskiego Museum of Modern Art i, jak sam przyznaje, zmieniło go to na zawsze. A co to właściwie jest to cristal baschet? Wyglądem przypomina nieco ogromne cymbały o dziwacznym, trochę falistym kształcie, a jakby tego było mało to całość dopełnia coś na kształt talerzy perkusyjnych. Składa się z 54 szklanych prętów, które pociera się wilgotnymi palcami, w celu uzyskania wibracji. Brzmienie cristal baschet, przypominające nieco harmonikę szklaną, kojarzy każdy kto oglądał Drive lub słuchał ścieżki dźwiękowej, bo Martinez używał tego instrumentu ochoczo w przypadku muzyki do filmu. I mimo, że cały soundtrack jest bardzo dobrze dopracowany i wszystkie elementy pasują do siebie idealnie, kompozytor wcale nie miał łatwego zadania. Nicolas Winding Refn, reżyser produkcji, zapukał do drzwi Martineza niewiele dłużej niż miesiąc przed majową premierą na Festiwalu w Cannes z pięcioma kawałkami, dookoła których kompozytor miał stworzyć muzykę o podobnym klimacie.  Nasz bohater poszedł więc za ciosem i stworzył 14 kawałków osadzonych w stylu elektro popu lat osiemdziesiątych.  Chociaż na pierwszy rzut oka film ocieka brutalnością, dla samego kompozytora pełen jest również niewinności i magii. I właśnie dzięki muzyce, zarówno tej wybranej przez reżysera, jak i kompozycjach Martineza, równowaga między brutalnością niektórych scen a historią miłosną została zachowana. Sam reżyser, po przesłuchaniu zaledwie kilku kompozycji muzyka stwierdził, że mają one w sobie coś ‘religijnego’. Martinez poszedł tym tropem i zagłębił się w studiowanie hymnów szukając dalszej inspiracji. Uporządkujmy więc fakty: mamy do czynienia z pozornie niewinną historią miłosną, osadzoną w brutalnym świecie zbrodni, którego soundtrack przypomina pop rodem z lat osiemdziesiątych. Żeby tego było mało Winding Refn, którego ulubionym filmem jest Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną¸poprosił Martineza o skomponowanie muzyki w ten sposób, aby  Drive nabrał nieco charakteru horroru, chociaż elementy tego gatunku praktycznie nie występują w fabule. Twardy orzech do zgryzienia, ale jak widać kompozytorowi udało się połączyć wszystkie elementy w spójną całość, skoro od dawna ścieżka dźwiękowa nie schodzi z pierwszych miejsc listy iTunes na całym świecie.  Sam zainteresowany do tej pory dziwi się tak dużej popularności ścieżki dźwiękowej, gdyż sam nie był do końca pewny efektu końcowego, ale zdał się na opinię reżysera. Jak przyznał sporą część materiału do Drive z pewnością komponowałem podświadomie.

A wiec tak to wygląda, drodzy czytelnicy i czytelniczki: od rocka, przez punk do muzyki filmowej. I chociaż nie wszyscy kojarzą już Martineza z Red Hot Chili Peppers to ten i tak jeszcze w tym miesiącu przejdzie do historii jako jeden z redhotow w czasie specjalnej ceremonii w amerykańskiej Rock&Roll Hall of Fame. I, chociaż sam muzyk nie do końca to pojmuje, dzięki ścieżce dźwiękowej do Drive potwierdził swoją pozycję  jednego z bardziej interesujących kompozytorów muzyki filmowej naszych czasów.

Nie ma więcej wpisów