O tym, że chce być muzykiem wiedział od dawna. Najpierw była własnoręcznie zrobiona replika gitary z ciupagi i deski do krojenia chleba, potem szkoła muzyczna, gdzie nauczył się grać na saksofonie i klarnecie, a na końcu rock’n’roll. Krzysztof Kieliszkiewicz, znany również jako Kielich, swoje pierwsze muzyczne kroki stawiał już w podstawówce. Za salę prób służyła im piwnica, zamiast wzmacniacza był magnetofon, a jakby tego było mało, to na przeglądzie muzycznym w jednym z domów kultury na Saskiej Kępie okazało się, że basista zupełnie nie radzi sobie ze swoim instrumentem. Grający wówczas na gitarze Kielich ruszył na pomoc i od tamtej pory nie rozstaje się z basem.

Prawdziwy łut szczęścia, bo gdyby nie ten incydent, to Kielich pewnie zostałby przy gitarze i ostatnich osiemnastu lat nie spędziłby grając na basie w Lady Pank. Ale po kolei. Pierwszym poważnym zespołem Kieliszkiewicza były Latawce, których brzmienie porównywano do nurtu Madchester, stylu, który narodził się w Manchesterze na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Grupa wydała nawet w Anglii płytę, ale nie udało im się osiągnąć sukcesu na miarę Madchesterskich Stone Roses czy Happy Mondays. Kiedy w ’93 zespół się rozpadł, Kielich wrócił do starej dobrej piwnicy, żeby razem z perkusistą Kubą Jabłońskim walić w bębny i szarpać struny basowe. Zaczęli myśleć nawet o założeniu regularnego zespołu, z gitarzystą i wokalem, ale ktoś pokrzyżował im plany.

Mamy rok ’94. Jan Borysewicz, któremu po głowie chodziła właśnie reaktywacja Lady Pank, słuchał nocnej audycji Jabłońskiego w Radiu Wawa i akurat zachciało mu się posłuchać swojej ulubionej piosenki. Zadzwonił więc do didżeja, a kiedy okazało się, że bardzo dobrze im się gada, zaproponował spotkanie. Po pytaniu Borysewicza czy Jabłoński zna jakiegoś basistę, reszta potoczyła się szybko. 22-letni wówczas Kielich dołączył do zespołu.

Kieliszkiewicz zadebiutowal jako kompozytor własną piosenką na solowym albumie Janusza Panasewicza, ale dopiero od wtorku możemy słuchać całkowicie autorskiego wydawnictwa artysty. Na Dziecku Szczęścia pojawiają się liryczne ballady przeplatane z mocniejszymi, nieco triphopowymi brzmieniami. Dość spora niespodzianka dla fanów Lady Pank ale, jak twierdzi sam zainteresowany, tworzenie kolejnego Lady Pank nie miałoby żadnego sensu.
Kielich komponował od dawna, ale wszystko zawsze trafiało do szuflady. Dopiero przyjaciółka muzyka przesłuchawszy dotychczasowe dokonania Kieliszkiewicza dała radę go przekonać, że materiał jest zbyt dobry, żeby tak się marnował. 2 lata temu zaczęła się więc praca nad albumem. Czemu tak długo? Ilość gości, z których każdy ma swoje własne zobowiązania artystyczne, uniemożliwiła szybszą produkcję. Łatwiej byłoby pewnie założyć regularny zespół i rzeczywiście taki pomysł był. Jedynym problemem była kwestia wokalu. Jako, że Kielichowi nie udało się wpaść na pomysł, kto by się najlepiej do tego nadawał, stanęło na gościnnych występach. I tak wśród tych, którzy użyczyli swojego głosu Kielichowi znaleźli się między innymi Ania Dąbrowska, Marcin Rozynek czy Kasia Stankiewicz. Współpracy odmówił jedynie Tomek Makowiecki, który z osobistych powodów nie mógł nagrać piosenki na płytę. Zastąpił go Łukasz Lach z L. Stadt. Końcowy efekt wyszedł całkiem nieźle, skoro Going Going Gone stało się pierwszym singlem promującym wydawnictwo.

Cały projekt jest, jak przyznaje sam Kieliszkiewicz, spełnieniem jego marzeń. Pewnie dlatego za produkcję zabrał się Radek Luka, który zamiast zajmować się szukaniem sposobu na zrobienie kolejnego komercyjnego hitu, czuwał nad oryginalnością i nowatorstwem aranżacji.
Jak przyznaje Kielich, tytułowe dziecko szczęścia to on: Zostałem muzykiem, gram w jednej z najpoważniejszych rockandrollowych ekip w tym kraju, a teraz wydaję płytę, którą sobie wymarzyłem. Jak tu nie mówić o szczęściu?. No właśnie, jak?

Nie ma więcej wpisów