Stosunek miłośników tak zwanej muzyki alternatywnej do popu lat 90. często bywał naznaczony swego rodzaju hipokryzją. Chociaż w gronie znajomych gatunek ten zgodnie uważany był za gorszy i niegodny poświęcania mu ani chwili uwagi, w domowym zaciszu niejednokrotnie pilot telewizyjny zmuszany bywał do regularnego przeskakiwania z legendarnej Vivy Zwei na ustawioną kanał wcześniej Vivę bez żadnych dodatkowych cyferek w nazwie. Obok niewątpliwej korzyści, jaką była nauka języka naszych zachodnich sąsiadów, statystyczny fan niezalu mógł oddawać się swojej „guilty pleasure”, jaką było oglądanie teledysków chociażby Destiny’s Child czy Aaliyah. A jeśli ktoś przypadkiem wszedł do pokoju, jedno naciśnięcie guzika ratowało honor, wyświetlając ponownie koncert Mouse On Mars.

Mogłoby się wydawać, że kategoria „guilty pleasure” stopniowo znikała wraz z kolejnymi latami pierwszej dekady XXI wieku i że demokratyzująca moc Internetu pomogła postrzegać wszystkie gatunki na równych prawach. W pewnej mierze tak się rzeczywiście stało. Sppróbujcie jednak przekonać waszego kumpla z akademika – stałego bywalca juwenaliów, fana Pidżamy Porno i Pearl Jam – że dużo ważniejszą od jego idoli postacią w historii muzyki jest Prince. Powodzenia.

Lata 90. to oczywisty kontekst dla You Know You Like It, EP-ki brytyjskiego duetu AlunaGeorge. Wyraźnie słychać, że gdyby zespół lata 90. spędził w Polsce, jego członkowie musieliby mieć w swoich pokojach po dwa telewizory: jeden nadający Vivę bez cyferki, drugi tę z cyferką zwei. Grałyby one oczywiście jednocześnie.

To, że i lata dwutysięczne nie umknęły uwadze AlunaGeorge, poznać można po brzmieniu. Wszystkie obowiązujące obecnie popowo-elektroniczne wyznaczniki dobrego stylu są tu jak najbardziej obecne. Sama produkcja nie byłaby jednak wiele warta, gdyby nie stricte popowe podejście do konstrukcji piosenek oraz, co kluczowe w tym gatunku, refreny. Tylko trzy utwory i trzy strzały w dziesiątkę – posłuchajcie tej EP-ki dwa razy pod rząd, a dane wam będzie poznać uczucie „jak to jest, gdy chce się nucić trzy kawałki naraz”.

Może warto więc podsunąć to wydawnictwo koledze z akademika? Może proroczy okaże się tytuł całej płytki, a jednocześnie otwierającego ją utworu, w którym dźwięk przywodzący na myśl zdobywanie punktów przez bohatera gry na konsolę Pegasus (lata 90.!) odmierza jednoczesne zdobywanie punktów przez zespół u usatysfakcjonowanego słuchacza? Może kolega wreszcie da sobie spokój z tym „guilty”, pozwalając sobie na 11 minut czystego „pleasure”?

Nie ma więcej wpisów