Tą kolaboracją pachniało od momentu, gdy Nils Frahm wydał swoje pierwsze dzieło w oficynie Erased Tapes Records (zeszłoroczne Felt). Oficynie, przy której założeniu maczał palce Arnalds, a jego debiut, Eulogy for Evolution z 2007 r., był jednym z pierwszych wydawnictw. Label skupia artystów o szerokim wachlarzu dzisiejszych, nowomuzycznych dźwięków – od IDM-u po cinematic pop. Dlatego nie dziwiły podejrzenia że Ólafur Arnalds i Nils Frahm, obydwaj grający coś, co można wrzucić do szuflady „modern classical”, prędzej czy później spotkają się gdzieś między Berlinem a Rekyavikiem i zarejestrują kilka minut muzyki końca świata.

Żaden z tych trzech utworów, nie jest jakąś tam wypadkową ich twórczości. Jest to muzyka, o jaką żadnego z nich nie można było podejrzewać. Nie chodzi tu bynajmniej o umniejszanie ich talentom czy muzycznej erudycji, tylko o fakt, że żaden z nich nie tworzył wcześniej czegokolwiek chociażby w nikłym stopniu zbliżonego do tych trzech zjawiskowych utworów. Obaj byli znani raczej z wyciskających łzy miniatur, niesamowitej dźwiękowej intymności, zrodzonej na linii instrument – twórca, wraz z zarejestrowaniem drobnych trzasków czy szurania krzeseł.

Może sam koniec świata nie jest idealnym tłem dla tych 30 minut dźwięków, ale już przeczucie jego nieuniknionego nadejścia zdaje się być wizualizacją optymalną. Każdy z tych utworów zawiera w sobie olbrzymie pokłady emocjonalności, zabarwionej wyłącznie na te smutne, szaro-bure barwy (patrz okładka).

Sam początek,  A1, to migotliwe dźwięki z zapętloną w tle frazą, w której zawarta jest właściwie cała dalsza atmosfera EP-ki. Tempo przyspiesza w 2:22 min., kiedy pojawia się ożywcza partia klawiszy.  W tle coraz silniej zarysowuje się partia spłaszczonych tąpnięć, a chwilę potem wchodzą mgliste pasaże, wsparte organową teksturą. Koniec utworu jest miarowym wyciszaniem kolejnych ścieżek utworu. Z lubością można przyglądać się każdej z nich, podziwiając przy tym samą strukturę.

Ambientowy wstęp A2 przynosi trochę nadziei. Odgłosy stają się coraz bliższe, wraz z nimi nadchodzi chmura szumu, w której ukryte są mocne dźwięki przypominające coś na kształt elektronicznych cymbałek. Ostatnie sekundy to kolejny mglisty odjazd ku krańcom świadomości.

Zamykający utwór to monument, którego siła ukryta jest w drobnych zmianach brzmienia oraz kolejnych elementach, pojawiających się w ciągu tych 14 minut. Wstępna partia klawiszy powoli zostaje przyciśnięta pod brzmienie nadchodzącej partii wiolonczeli. A kiedy na wysokości 5. minuty pojawiają się uderzające w centrum układu nerwowego „boże” kroki, każdy już wie, że apokalipsa jest nieunikniona.

Chcę więcej. Chcę tego końca świata.

Nie ma więcej wpisów