W obliczu trwającego EURO 2012, wybór terminu jednego z największych polskich festiwali mógł wydawać się niezbyt fortunnym posunięciem. Muzyka jednak potrafi obronić się sama i pomimo panującej dookoła piłkarskiej gorączki, prawdziwych fanów muzyki nie zabrakło na piątej już edycji Orange Warsaw Festival, która wystartowała 9 czerwca na Stadionie Legii przy ulicy Łazienkowskiej.

Pierwszy dzień upłynął nam pod hasłem hip-hopu i ostrzejszych rockowych brzmień. Serię koncertów otworzył bardzo żywy występ naszego rodzimego duetu Fisz Emade Tworzywo wspieranych tego wieczoru przez DJ Eproma. Zaliczani do pierwszego wspomnianego gatunku, w rzeczywistości serwują nam eklektyczną mieszankę stylów, ocierając się o inspiracje jazzowe, soulowe, funkowe. I tych też nie zabrakło na Pepsi Arenie. Ci, którzy zdążyli już zgromadzić się pod sceną, doświadczyli i lekkiego bujania, i mocniejszego uderzenia. A już z pewnością przekonali się o unoszącej ponad chodniki dynamicznej sile braci Waglewskich, rozgrzewających atmosferę oczekiwania na kolejne gwiazdy.

Dobrze rozpoczętą imprezę pociągnęli De La Soul. Publiczność, której entuzjazm nieco opadł w przerwie, wyraźnie ożywiła się wraz z ich pojawieniem się na scenie. Nic dziwnego, od pierwszych sekund trio nawiązało z festiwalowiczami genialny kontakt, nawołując ich do wspólnej zabawy i zarażając niespożytą energią. Zdanie: „Is the party over here?” wykrzykiwane co jakiś czas w stronę płyty i trybun, stało się hasłem przewodnim ich występu i z każdą minutą kolejne osoby pojawiające się na stadionie, przyłączały się do tego szaleństwa. Posdnuos, Trugoy the Dove i Pasemaster Mase nie zwolnili ani na chwilę, bo jak sami stwierdzili, nie było istotnym czy ludzie znali ich muzykę i czy przyszli dla nich, najważniejsze, żeby dobrze się bawili. A to niewątpliwie osiągnęli, o czym świadczyły między innymi zgotowane owacje i zaangażowanie tłumu w wykonywanie wszystkich poleceń raperów.

Wraz z zejściem De La Soul zakończyła się sesja czarnej muzyki i nastąpiło niecierpliwe wyczekiwanie ostrzejszych klimatów. Zdawało się, że na to właśnie czekała zdecydowana większość osób, które tego dnia postanowiły odwiedzić Arenę. Pusta do tej pory druga część płyty, nagle zaczęła się zapełniać, a zgromadzeni już na niej fani rocka, trochę nerwowo przemieszczać się coraz bliżej sceny. Wszystko za sprawą technicznych, którzy zaczęli przygotowywać sprzęt dla następnego artysty, którym była jedna z największych atrakcji nie tylko tego wieczoru, ale także całego festiwalu – powracająca po siedmiu latach przerwy grupa Garbage.

Swoim sobotnim występem pokazali, że długa nieobecność nie spowodowała ich wyjścia z wprawy. Shirley i jej koledzy zaprezentowali się nam w naprawdę świetnej formie. Mocne, ostre, miejscami szorstkie brzmienia przeplatane były momentami melancholijnymi, delikatnymi dźwiękami, które idealnie komponowały się ze zmysłowym głosem wokalistki, wykonującej największe przeboje zespołu, jak Stupid Girl, Only Happy When it Rains, Special, Milk, Why Do You Love Me, The Word Is Not Enough, czy w końcu kawałki z najnowszej płyty Not Your Kind of People. Niezwykła ekspresja, jaką pokazała na scenie i włożyła w każdy utwór, sprawiła, że można było odnieść wrażenie, jakby Manson śpiewała całą sobą, przekazując publiczności wszystkie swoje emocje i wdzięczność za to, że fani tak długo na nich czekali. Śmiemy twierdzić, że się nie zawiedli. Garbage dali bowiem naprawdę świetny rockowy koncert i rozgrzali publiczność na pojawienie się najbardziej wyczekiwanej gwiazdy, czyli Linkin Park!

To właśnie dla nich zapełnił się Stadion Legii i to ich przez cały wieczór najbardziej nie mogli doczekać się miłośnicy cięższego grania. Było to widać jeszcze zanim członkowie zespołu wyszli na scenę. Samo rozstawianie masy sprzętu, podwyższeń, instrumentów wzbudzało nie tylko zainteresowanie, ale przede wszystkim coraz większą ekscytację tym, co miało za chwilę nastąpić.

Pierwsze dźwięki wystarczyły, by wyzwolić falę euforii, która utrzymywała się aż do końca. Swoją energią Amerykanie porwali tłum i niemal zmietli nas z powierzchni ziemi, a raczej pomogli wznieść się na muzyczne wyżyny. To było prawdziwe zawodowstwo! Panowie dali z siebie wszystko, skacząc jak szaleni i genialnie wykonując najbardziej popularne numery jak What I’ve Done, From the Inside, The Catalyst, przy śpiewaniu których z niemniejszym zaangażowaniem wspierała ich polska publiczność. Kiedy zabrzmiało Numb, Arenę wypełnił donośny krzyk tysięcy głosów, a połączona wersja Shadow of the Day, Leave Out All the Rest i Iridescent wywołała ciarki na plecach i spowodowała, że przestrzeń zabłysnęła tysiącem maleńkich światełek.

Atmosfera sięgnęła zenitu, kiedy Chester i Mike zeszli ze sceny i weszli w tłum, który gdyby tylko mógł, zabrałby sobie po kawałeczku każdego z nich do domu. Ku uciesze osób znajdujących się najbliżej sceny, w takim położeniu Mike pozostał przez cały kolejny świetnie wykonany tego wieczoru utwór, jakim było In the End.

Nie zabrakło też innych miłych akcentów. Podpisana przez fanów i wręczona przed koncertem polska flaga zawisła na scenie, a basista Dave Farrell i gitarzysta Brad Delson pojawili się w koszulkach polskiej reprezentacji, z czego zdawali się być bardzo dumni. Niestety, wszystko co dobre, szybko się kończy i nawet nie zorientowaliśmy się, kiedy czas chłopaków na scenie dobiegł końca. Dało się zauważyć, że nie tylko publiczność była zadowolona z tego występu. Członkowie Linkin Park przez długi czas żegnali się z uczestnikami festiwalu, dziękując im za świetną zabawę i rozdając wszystko, co tylko mogli, od kostek, setlisty po… ręcznik.

Pierwszy dzień Orange Warsaw Festival należał do bardzo udanych. Było energicznie, dynamicznie, a w powietrzu unosiły się pozytywne nastroje. Jedyną rzeczą, do której można by się przyczepić, to niestety słaba akustyka miejsca, na którą narzekali szczególnie ci, którzy zajmowali miejsca na płycie stadionu. Na szczęście dawka dobrej muzyki i fenomenalne występy artystów wynagrodziły wszystkie niedogodności, o których na pewno zapomnimy szybciej, niż zdążyliśmy nawet o nich pomyśleć.

A jak było dnia drugiego? O tym już niebawem!

Nie ma więcej wpisów