Delicate Steve to projekt zamieszkałego obecnie w Nowym Jorku Steve’a Mariona. Historia jego życia prosta, wpisująca się w schemat amerykańskiego grajka z gitarą, który ucieka ze szkoły żeby grać pod mostem. Steve miał swój band w liceum, z razem którym zaznaczył swoje miejse na muzycznej mapie New Jersey (bo stamtąd pochodzi). Muzyka była dla nich tak ważna, że nie zdecydowali się pójść do collegu. Wkrótce zespół rozpadł się. Minęło trochę czasu aż Steve się pozbierał. Ale decyzja odsunięcia studiów na dalszy plan, jak się później okazało była trafną. Po przeprowadzce do NY stał się częścią indie-popowej sceny razem z Dirty Projectors i Yeasayer. W zeszłym roku wydał debiutancki album (Wondervisions), a niespełna miesiąc temu uraczył publikę drugim długograjem Positive Force, o którym teraz będzie mowa.

Tak jak Steve mówi. Ta płyta to afirmacja good vibes, a więc tych wszystkich radosnych ultoności jak: uśmiech pani za ladą w warzywniaku, która zawsze powie „zapraszam ponownie”; smak truskawek z makaronem przygotowanych przez mamę w zbyt gorące popołudnie; czy w końcu miłosne napięcia, najlepiej zrodzone przy zachodzie słońca i w deszczu (Two Lovers). Wystarczy rzucić okiem na tracklistę, żeby stwierdzić że pan Delikatny chce wprowadzić nas w nastrój, który zmieni nasze podejście do zycia na choć trochę bardziej optymistyczne. Mało że płyta nazywa się Pozytywna Siła, to i utwór tytułowy został umieszczony w samym centrum, co skłania mnie do doszukiwania się znaczeń symbolicznych, jak np.: pozytywy życia mają być dla nas zawsze punktem wyjścia i dobrze by było gdybyśmy wokół nich starali się rozwijać swoje życiowe plany, kierując się przede wszystkim szczęściem swoim (a w domyśle najbliższych). Takie płyty udowadniają, że nie potrzeba słów, aby dać do myślenia.

Wiodącą rolę niemalże w każdym utworze odgrywa gitara, która śpiewa, piszczy, zawodzi, ale przede wszystkim roztkliwia. Album prawie w całości jest instrumentalny. Wyjątkami są utwory Two Lovers, Big Time Receiver, Touch i Redeemer, gdzie głos sprowadzony jest do roli sprytnie wplecionych w tło chórków, a więc jest elementem muzyki. Utwór otwierający krążek od razu wrzuca nas w sielski, nawet nieco wiejski klimat za sprawą klawiszy utopionych w dźwiękach harmonii. To lekko usypia słuchacza, aby otworzyć mu oczy zawodzącą partią gitary. Steve przyznaje że swoje inspiracje podczas tworzenia tego albumu czerpał głównie z klasyki. I tak: Love przypomina ducha pierwszych wydawnictw,Beach Boysów, Afria Talks To You nie sposób połączyć ze Sly and The Family Stone. Touch to natomiast senny, psychodeliczny przerywnik. Jego atmosferę podłapuje tytułowy utwór, który urzeka miękkim soundem, spokojną rytmiką. Dociekliwsi znajdą też trochę zapożyczeń z solowych dokonać George’a Harrisona. Jednak absolutnym headlinerem płyty jest Tallest Heights. Zawiera się w nim wszystko co charakteryzuje Delicate Steve. Urzekający, ulotny temat, przypominający sposób śpiewania Jacko, nieinwazyjne smyki wtórujące linii gitary, niebanalny bridge, afro-popowe bębny. Czegoś trzeba więcej? Zamknięcie albumu to wyciszenie po kontrolowanym, dźwiękowym zgiełku w postaci utworu Luna, będącego ukłonem w kierunku Davis’a.

Jednak sporym mankamentem płyty jest jej warstwa rytmiczna. Tak jak linia gitary, dźwiękowe efekty, tworzą atmosferę lekkości, czerpie się z nich niczym nie skrępowaną radość, tak rytmika trochę siada. Zazwyczaj są to proste bity generowane przez automat perkusyjny. Na tle żywch melodii, odjechanych riffów, wypadają wyjątkowo płasko, bezdusznie. Steve album w całości nagrał sam. Mało tego! Sam go wyprodukował i zmiksował. Tym bardziej dziwi niechlujność w dopracowaniu perkusjonaliów.

Młódź z liceów po wystawieniu ocen, ma zasadę iż nie wolno im już przekroczyć progu szkoły, z wyjątkiem dnia w którym zamierzają odebrać swoje świadectwo. Maturzyści zdąrzyli już pojechać na mazury i do innych sopotów, aby uskutecznić pewien specyficzny rodzaj rekonwalescencji pomaturalnej. Zmierzam do tego, iż niektóre płyty mają naturalną łatwość do zespolenia się z obrazami, aby móc wywrzeć to jedno niezapomniane wrażenie. Potrafią tak zwyczajnie stać się soundtrackowym tłem dla tych wszystkich letnich niezobowiązujących spotkań o 4 nad ranem, aby móc zachwycić się nimi w kolejne lato, w ten wyostrzony, podkręcony ulotnością chwili sposób. Tak jest właśnie w przypadku tej płyty.

Nie ma więcej wpisów