Nie bez przyczyny Szwedzi wydają tę płytę już we własnym labelu. Poprzednie dwa krążki sukcesu raczej nie odniosły, a poszukiwania niezmiennie odmiennego brzmienia od dotychczas prezentowanego, też im w odniesieniu sukcesu raczej nie pomogły. Co zatem robią rock’n’rollowi dżentelmeni z Fagersty? Postępują w myśl zasady Umiesz liczyć, licz na siebie  i robią krok, w kierunku swojego pierwotnego brzmienia z dwóch pierwszych płyt. Cały krążek nagrywają i produkują sami, jedynie miksowanie pozostawiając w rękach profesjonalistów.

Pelle przy wydaniu płyty ochoczo wspomina o tym, jakoby współczesny gitarowy światek był okupowany przez bandę jęczących emo ciotek, dla których męskie genitalia są jedynie atrapą. Z pomocą przyjść maja oczywiście The Hives, pokazując czym, tak naprawdę, rock’n’roll powinien być. Od pierwszych sekund można stwierdzić, że Szwedzi wiedzą do czego pierwotnie miały służyć gitary elektryczne i pokazują to nader ochoczo. Miało jednak być pięknie i porywająco, ale problem pojawia się ten sam, jak w przypadku takich stricte gitarowych wydawnictw. Estetyka gitarowego łojenia spod znaku punk’n’rolla, czy garage rocka została mocno wyeksploatowana i nie ma szansy na przykucie uwagi na dłużej niż kilkanaście sekund. Czy aby na pewno?

Panowie z Fagersty dokładają wszelkich starań, by jednak temu zaprzeczyć, co słychać przez jakieś ¾ albumu, ale niestety nie jest to długotrwały efekt. Płyta ma ten sam minus, co Celebration Rock Japandroids – znaczna część materiału zlewa się w całość i jest trudna do odróżnienia. Jak jednak wspomniałem Almqvistowie i reszta, wytężają swoje kompozytorskie mózgi i w wielu przypadkach nie na daremno. Gitarzyści nie zawsze łoją na opór, a zdarza im się grać, Pelle natomiast zahacza o melorecytację, coś co możnaby wepchnąć do szuflady śpiew i klasyczne już, ekstatyczne krzyki. Jest zatem trochę różnorodności, poczynając od wokaliz, na konstrukcji utworów kończąc. Nie ma jednak ich tak dużo. Z pomocą przychodzą również producenckie zabiegi.

Wypchnięcie lekko przed szereg perkusji w Come on! Rhodesy w Without the Money, w którym poza motywem przewodnim klawiszy, istotną rolę odgrywa także perkusja, czy choćby singlowe Go Right Ahead z nigdy nie zgranym motywem chórków i skandowania tytułu, przyciągają. Jeśli chodzi o kompozytorskie zalety, to może boleć fakt, że takie numery jak I Want more (świetne wykorzystanie chórków), czy wspomniany utwór singlowy to jedynie wariacje na temat znanych już riffów (Joan Jett i Electric Light Orchestra).

Pomimo tego, że na lewo i prawo mówi się tu o powrocie do pierwotnego brzmienia ,trudno powiedzieć o jednoznacznym, silnym ukierunkowaniu na nie właśnie. The Hives są już bardziej doświadczeni, mimo wszystko mniej nieokrzesani i trudno zaprzeczyć temu, że poza tym iż muzykę czują, to często o niej myślą – co słychać w konstrukcjach utworów. To jeszcze nie kompozycje, ale też nie kawałki. Brak tu skrajności, za którą zespół możnaby jednoznacznie zganić lub pochwalić. Nie mniej jednak, trudno również znaleźć poważne argumenty, które mogłyby nowy krążek The Hives dyskwalifikować. I bądź tu mądry.

Nie ma więcej wpisów