Najbardziej tajemniczy z tajemniczych projektów, zaczął działalność od rozsyłania do dziennikarzy klipów oznaczonych kodem numerycznym, który po rozszyfrowaniu układał się w słowa. Zanim rozwikłano tajemnicę i zidentyfikowano szwedzką wokalistkę, Jonnę Lee, jako osobę, która pojawia się w klipach i odpowiada za całe przedsięwzięcie upłynęło trochę czasu. Następnie pojawiły się spekulacje, że może być to wybryk The Knife, Björk czy nawet Trenta Reznora.
Jonna Lee postanowiła w równym stopniu przemawiać do swoich fanów przez muzykę jak i obraz, więc każda piosenka, która została zaprezentowana szerszemu światu ma też towarzyszące jej wideo. W końcu po serii pojedynczych wydawnictw doczekaliśmy się pełnego albumu i tu już niestety zabrakło elementu zaskoczenia. Niestety, bo nie ma tam ani jednego kawałka, który nie byłby wcześniej znany, a takiej muzyki wciąż chciałoby się więcej.

Kin zaczyna się od dramatycznego Sever, smutna ballada oparta na jednostajnym beacie, ozdobiona delikatnymi klawiszami wprowadza nas w zimny, surowy klimat całego albumu. Drops byłby świetnym kawałkiem gdyby nie to, że brzmi zupełnie jak zagubiony utwór Röyksopp z sesji do Junior, co ujmuje sporo z jego oryginalności. Za to syntezatorowe przestrzenie w Play brzmią już znacznie ciekawiej ocierając się trochę o chillwave, a czasem brzmiąc słodko i melodyjnie niczym Passion Pit. Uroczy nastrój, w którym zostawia nas Play burzy ostry i taneczny In Due Order, zdecydowanie jeden z najlepszych i najbardziej dynamicznych fragmentów Kin. Dla kontrastu, w Idle Talk znów wkraczamy na łagodne, syntezatorowe, chillwave’owo – popowe terytoria. Te rozmyte, leniwe dźwięki idealnie współgrają z łagodnym wokalem, który jednak opowiada smutną historię o tym jak to uczucia wygasają, a to co nas kiedyś cieszyło i inspirowało z czasem staje się przeciętne i nieciekawe. W podobnym powolnym, zrelaksowanym tempie płyniemy poprzez kolejne piosenki, aż w końcu docieramy do Goods, prawdziwego klubowego bangera, w którym szalejące syntezatory dosłownie wyrywają z krzesła zmuszając do tańca.

Trochę szkoda, że na Kin zabrakło miejsca dla przebojowego John, chociaż i bez tego album, zgodnie z oczekiwaniami, prezentuje się świetnie. Iamamiwhoami jest perfekcyjnym połączeniem przebojowości z ideą niszowego artysty, konsekwentnie podążającego własną, starannie wytyczoną ścieżką. Jonna Lee wypuszczając do sieci wszystkie piosenki z albumu, wraz z teledyskami odwróciła kolejność powszechnie stosowanych zabiegów promocyjnych. Chwilami może zbyt blisko jej do The Knife czy Röyksopp, ale zważając na kraj pochodzenia to wcale nie dziwi, że ścieżki ich inspiracji muszą w pewnym momencie się krzyżować.

Nie ma więcej wpisów