Jak zamienić post-industrialny teren starej kopalni oraz hut w tętniącą życiem, kulturą, sztuką i – przede wszystkim – muzyką machinę wyposażoną w 12 scen, mnóstwo różnorodnych miejsc, atrakcji i inicjatyw? Odpowiedzią jest 11. edycja festiwalu Colours of Ostrava, który w tym roku przeniósł się z centrum miasta do – odległego o kilka przystanków tramwajowych – zagłębia szarości, blachy, ciężkiego sprzętu, silosów, rur i kominów. Miejsce Dolní oblast Vítkovice, wpisane na listę Europejskiego Dziedzictwa Kulturowego, na cztery dni rozświetliło się wszystkimi kolorami muzycznej tęczy, bowiem festiwal zapewnił doznania z różnych zakątków Europy, Afryki i Ameryki, promując przy tym również czeskie zespoły jako gospodarz. Pomimo tego, że program dla polskich melomanów brzmiał znajomo, to jednak festiwal dostarczył ogromnej dawki świeżości, przedstawiając zupełnie niczym nieskrępowany line-up.

Dzień I
Pierwszego dnia festiwalu – wraz z otwieraniem szampana na głównej scenie (Česká spořitelna stage) przez organizatorów – pierwsze dźwięki zabrzmiały od zespołu Rufusa Wainwrighta, którego głos miło wypełnił chłodne popołudnie, na deser serwując ładną interpretację utworu Hallelujah Leonarda Cohena. Na umiejscowionej nieopodal scenie – ArcelorMittal stage – rozpoczął się znakomity, instrumentalny występ Kronos Quartet z innowacyjnym akordeonistą Kimmo Pohjonenem, którego instrument (zmodyfikowany elektronicznie) z domieszką dźwięków generowanych z laptopa przez Samuli Kosminen’a w wersji surround (dodatkowe głośniki wśród publiczności) robiły fantastyczne wrażenie. Powrót na główną scenę wiązał się z przypomnieniem sobie energii post-rockowej grupy Mogwai, którą – podobnie jak kilka innych kapel figurujących w programie czeskiego festiwalu – mogliśmy zobaczyć w poprzednich latach na OFF Festiwalu. Zbliżająca się północ rozbudziła widzów jeszcze bardziej. Psychotyczne wizualizacje oraz dynamiczna gra elektroniki i ostrych riffów w wykonaniu Infected Mushroom zakończyła pierwszy dzień festiwalu, który wówczas już zasłużył na pochlebne opinie odwiedzających. W ciągu tego dnia mogłem przekonać się o poziomie wydarzenia, świetnym nagłośnieniu i braku opóźnień.

Dzień II
Drugiego dnia, na scenie głównej, po występie żywiołowego norweskiego girlsbandu o dźwięcznej nazwie Katzenjammer, pojawił się czeski artysta Dan Bárta ze swoim zespołem Illustratosphere, który został zaproszony na scenę również podczas występu Bobby’ego McFerrina z grupą WeBe3, wykonując bardzo przyjemne improwizacje głosowe w pozytywnym klimacie. Koncerty McFerrina zawsze mają w sobie coś beztroskiego, otwartego, radosnego, dzięki czemu publiczność jest oczarowana całością i w całości. W międzyczasie kolejna powtórka z katowickiej rozrywki, czyli odjechani Francuzi z Gablé szturmem wzięli odległą scenę, OKD Fresh Stage, w bardziej industrialnej scenerii, gdzie raz delikatna, a raz drapieżna i techniczna muzyka zespołu porywała setki słuchaczy. Na wieczór daniem głównym były delikatne dźwięki Anthony & The Johnsons z czeską orkiestrą filharmonii, po których prawdziwe show zaprezentowali sprawdzeni The Flaming Lips. Dzięki temu, że nasi południowi sąsiedzi na koncertach rozstawiają się w odległościach metrowych od siebie nawet pod sceną, mogłem to widowisko oglądać z bardzo bliska. Oprócz stałych punktów programu – takich jak Worm Mountain poprzedzone blacksabbathowym riffem ze Sweet Leaf oraz Do You Realize? – na finał można było usłyszeć Is David Bowie Dying? czy See the Leaves. Koncert – oprócz początku, który obfitował w konfetti, psychodeliczne wizualizacje i spacer Wayne’a w foliowej bańce po publiczności – jako całość był nieco melancholijny i ukołysał do snu przed kolejnym dniem festiwalu.

Dzień III
Trzeciego dnia festiwalu mogłem już mniej więcej kojarzyć wszystkie sceny, wraz z nowo wybudowaną halą Gong Stage, gdzie co prawda trzeba było się ustawić w kolejce do wejścia prawie godzinę wcześniej, ale dla hipnotyzującej muzyki grupy Portico Quartet byłem w stanie podjąć takie wyzwanie. Akustyczno-elektroniczny pasaż jazzowych wariacji dęto-perkusyjnych i magicznego brzmienia hangdrumu wypełnił aulę koncertową szczególnym klimatem. Z tego transu zdołała mnie wyrwać kobieta-dynamit, francuski temperament i niezwykły głos wokalistki ZAZ, która wraz z zespołem przy blasku zachodzącego słońca porwała w subtelną jazz-soulową podróż. Isabelle Geffroy, z której wręcz bije energia, uśmiech i talent, była zdecydowanie najjaśniejszym punktem (słońcem – jak zapowiedział ją organizator) sobotniego wieczoru. Nawet tak popularna Alanis Morisette która zagrała swoje utwory, używając momentami playbacku, nie była w stanie przebić występu Francuzki. Oczywiście miło usłyszeć na żywo pamiętane z dzieciństwa Ironic, Head Over Feet czy Thank You, ale potrzeba mi było czegoś więcej. W innej części festiwalu działo się niemniej ciekawie – na pobliskiej scenie występował legendarny trębacz Hugh Masekela, niezwykle barwna postać, 73-letni dziadek mający wiele opowieści i żarcików w zanadrzu. W dodatku ze świetnym zespołem za plecami, który afrykańskie rytmy łączy z jazzem i afrobeatem. Wieczór obfitował jeszcze w kilka świetnych, muzycznych przystanków, takich jak Gangpol & Mit z hardcore’ową dawką elektroniki, rave’u i totalnie nienormalnych wizualizacji graficznych. Duet przedstawił zupełnie inny świat, jak po zażyciu środków psychotropowych, z milionem impulsów na minutę dla oka i ucha. Na uspokojenie zagrał zespół Ewert & The Two Dragons z Estonii łącząc beatlesowski styl z indie rockowym brzmieniem, a na koniec wieczoru (a w zasadzie po godzinie pierwszej w nocy, we wspomnianej wcześniej auli koncertowej) zagrał trębacz Ibrahim Maalouf wraz z niezwykle utalentowanym zespołem jazz-fusion-rockowców, którzy razem wzięli publiczność szturmem i z progresywną werwą zagrali świetny repertuar, bogaty w improwizacje i szaleństwa. Niezwykły, arabski styl grania Ibrahima dowiódł swojej klasy i nie dał o sobie zapomnieć przez całą noc.

Dzień IV
Niedziela dała nieco wytchnienia, czułem się już bardzo związany z tym miejscem, w dodatku mogłem usłyszeć polski akcent festiwalu, czyli zespół R.U.T.A. Natomiast przy głównej scenie miałem przyjemność doświadczać tego, jak imprezę rozkręcają niepełnosprawni Afrykańczycy ze Staff Benda Billi. Zdumiewające jest oglądać, jak ludzie o kulach i na wózkach tańczą na scenie i dają z siebie wszystko, grając świetną muzykę, pełną radości i energii. Muzykę, której nie brakuje stylu i wyrazu, unikalną w dźwiękach i przesłaniu. Afrykańskie serce zabiło na czeskich scenach niezwykle mocno po raz kolejny. Później, pod ciemną chmurą, która na szczęście nie uroniła ani kropli deszczu, zagrał dobrze nam znany Fink. Swoim mocnym i wyraźnym głosem oraz świetną grą gitary w ciągu kilku minut zarezerwował uwagę festiwalowiczów wyłącznie dla siebie. Wkrótce, po jego subtelnym występie, na scenę weszli fachowcy tanecznych rytmów, czyli Parov Stelar Band, którego uwodzicielsko ubrana wokalistka, Cleo Panter, kusiła swoim głosem i ruchami do wspólnej zabawy. Zespół zagrał również kilka kawałków ze swojej nowej płyty. Finał należał, wg mnie, do dzikich pląsów czeskiego duetu (małżeństwa) DVA, żywiołowych utworów Tropical Animal czy innych, dynamicznych piosenek folkloru nieistniejących narodów, bowiem duet śpiewa w wymyślonym przez siebie języku.

Podsumowując, mogę śmiało powiedzieć, że cały festiwal wymyka się wszelkim barierom. Odnotowałem mnóstwo plusów, np. na niedzielne koncerty wstęp darmowy miały osoby niepełnosprawne oraz dzieci, co pozwoliło Czechom przyjść nań całymi rodzinami. Na terenie festiwalu była także scena dla dzieci, scena dyskusyjna, namiot kinowy (gdzie wyświetlano m.in. Trainspotting, Fish Tank i Samotnych), scena warsztatowa, scena teatralna,  kilka namiotów electro, shisha bar, tea room, trybuny przy każdej scenie, kilka chillout-roomów, salon Harley’a-Davidsona, a także wi-fi i darmowe płyty festiwalowe. Oczywiście nie mogę zapomnieć o przemiłych Czechach, którzy świetnie bawili się ze wszystkimi przyjezdnymi, których było zresztą całkiem sporo. Pragnę zatem szerzyć wieść, że w podobnej odległości co Gdańsk od Stolicy, niecałe 100 km od Katowic co roku odbywa się wydarzenie bardzo rekomendowane dla wszystkich polskich festiwalowiczów. Do zobaczenia w Ostravie za rok!

Nie ma więcej wpisów