Dzień 1, piątek, 13 lipca

Melt! Festiwal jest imprezą, podczas której nie czujesz jej ogromu. Doskonała organizacja, sprytne usytuowanie scen oraz klimatyczne położenie w starej kopalni soli powodują, że ten duży europejski festiwal (ok. 25 tys. uczestników) wydaje się najbardziej przyjaznym festiwalem muzycznym, na których byłem (sorry, Hurricane i Roskilde).

Na Melt!’a warto wybrać się dzień wcześniej i to głównie z powodów logistycznych. Przybycie w czwartek jest szansą na pole namiotowe usytuowane bliżej terenu festiwalu (Camp Panda rządzi!), co niezmiernie ułatwia życie. Pogoda na Melt!’cie bowiem nie rozpieszcza. Czasem słońce, czasem deszcz jest nieodzowną cechą tego festiwalu. Niewątpliwie największym atutem tej imprezy jest jednak muzyka, przejdźmy więc do konkretów.

Przygodę z festiwalowymi koncertami zacząłem od Jessie Ware. Chodziły słuchy, po jej występie na tegorocznym Open’erze, że dziewczyna daje radę. Brytyjka pokazała, że współpraca z SBTRKT nie poszła na marne. Pop wykonywany przez Jessie jest na koncertach silnie naznaczony szeleszczącą elektroniką i staje się przez to eteryczny i natchniony. Utwory 110 %, Running, a przede wszystkim Wildest Moments na żywo to intymny dialog z publicznością, ale też zaproszenie do tańca. A sama artystka, w białej garsonce i czarnej, asymetrycznej sukience, wyglądała niczym skromna uczennica.

Z koncertu Jessie pobiegłem zobaczyć, w jakiej formie są pionierzy dance-punku z początku nowego wieku. The Rapture, mimo że grali w blasku słońca, uzyskali dzięki swoim piosenkom taneczny parkiet pod największą sceną Melt!’a (Bench Mainstage). Zadziorność, multiinstrumentalne aranże i nowojorska stylówa sprawiły, że koncertowe wykonanie In the Grace of Your Love, Get Myself into It i przebojowe How Deep Is Your Love? na długo pozostanie w mojej pamięci, ale nie dane mi było wysłuchać koncertu do końca, gdyż chciałem przed festiwalem Tauron Nowa Muzyka posmakować piosenek Johna Talabota.

Talabot grał na jednej z dwóch najbardziej przytulnych scen festiwalu – Big Wheel Stage. Panowała tam piknikowa atmosfera, co świetnie uzupełniały zamglone, house’owe brzmienia, którymi bawił się Talabot podczas swojego setu. Towarzyszył mu wokalnie Pional, dzięki czemu moje dwa ulubione utwory z płyty – Fin: So Will Be Now… oraz Destiny – wybrzmiały doskonale, wpisując się w plażowy krajobraz. Muzyka dojrzałego lata, pełna tęsknoty, ale też nie stroniąca od rytmu, zawładnęła roztańczonym tłumem, mimo że grana była tylko przy pomocy komputerów i elektronicznych urządzeń. Jego koncertu nie możecie przegapić na tegorocznym Tauronie!

Co jest najfajniejszego w festiwalach? Fakt, że można odkryć artystę, o którym nie miało się wcześniej pojęcia. Największym odkryciem Melt!’a okazał się dla mnie zespół Vondenpark. Londyńskie trio zagrało na Intro Zelt, czyli scenie namiotowej i wprowadziło publikę w trans. Ich muzyka odpowiada na pytania: co by się stało, gdyby Sade spotkała The XX na imprezie r’n’b z dużą domieszką psychodelicznych substancji. Liryczny groove doskonale uzupełniał się z melodyką lat 80., ale bardziej w stylu New Order i The Cure niż synth-popowego disco. Po powrocie z festiwalu nie rozstaję się z EP-ką Vondelpark nyc stuff nyc bags i doznaję – przypominając sobie koncertowe wersje – Hipbone, TV czy california analog dream.

Po tych emocjach trzeba było poczekać chwilę na BOY-a i ich akustyczne opowieści. Lekko spóźniony na koncert tego szwajcarsko-niemieckiego duetu po raz pierwszy (i ostatni) spotkałem się z agresją niemieckiej publiki. Okazało się bowiem, że stanąłem w miejscu, którym rządziły dwie ekspansywne Niemki o wątpliwej urodzie. Ich reakcja na moje przybycie nie była zbyt miła i po małej pyskówce zmieniłem punkt obserwacyjny. A na scenie działo się zadziwiająco dużo. Boy, pomimo swego delikatnego brzmienia, to nie tylko śpiewające Valeska Steiner i Sonja Glass z akustycznymi gitarami, ale cały arsenał instrumentów analogowych, które wzbogacały utwory z debiutanckiego krążka Mutual Friends o wiele smaczków. Mają rację ci, którzy porównują Boy do Feist. Łączą ich podobne emocje, żarliwa melodyka i subtelność popowego folku. Do sprawdzenia na żywo.

Anthony Gonzales, czyli M83 sprawdzany był na żywo w naszym kraju już wielokrotnie i muszę przyznać, że lepiej mi się odbierało jego występ podczas festiwalu Ars Cameralis w kameralnym wnętrzu Jazz Clubu Hipnoza niż ten na Gemini Stage. Potęga Midnight City na żywo wyśpiewana przez wielotysięczny tłum ma ogromną siłę rażenia, ale energia trochę ucieka przy innych kompozycjach. Brzmią one trochę zbyt patetycznie, ale nie neguje to faktu, że koncertowy fenomen M83 rośnie w siłę i nabiera rozpędu.

CDN.

Nie ma więcej wpisów