Dzień 2, sobota, 14 lipca – cd.

Czym byłby porządny europejski festiwal bez szwedzkiego akcentu? Potentaci w alternatywnym popie byli reprezentowani na Melt!’cie przez Niki & The Dove. Na ich występie zwracała uwagę stylizacja wokalistki Malin. Ubrana niczym wiedźma wprowadzała do tanecznej przecież muzyki Szwedów element guseł. Kto widział ten zespół na Selectorze, może poświadczyć, że ich muzyka na żywo to hipnotyzujący głos i dyskoteka w lekko hipisowskich stylu (ach, te suknie i świecidełka wokalistki). Album Instinct w wersji koncertowej wiele zyskuje, zatem jeśli będziecie mieć okazję – koniecznie ich zobaczcie.

Po tym koncercie lekko odpuściłem sobie headlinerów wieczoru (Gossip, Buraka Som Sistema), by chłonąć atmosferę festiwalu. Podświetlone, wielkie kule dyskotekowe podwieszone na wielkich maszynach, scena na plaży, wszechobecny luz i wycieczka na pole namiotowe spowodowały, że zjawiłem się dopiero na koncercie Modeselektora. Gernot i Sebastian czuli się niezwykle swobodnie podczas swojego występu, można przecież o nich powiedzieć, że są współgospodarzami Melt!’a (w tym roku byli kuratorami sceny na plaży, gdzie zaprosili m.in. Gaslamp Killera, Araabmuzik, Rustiego oraz sami zagrali DJ set w piątek). Ich dobre samopoczucie poskutkowało iskrzącym setem, na którym zagrali prawie cały album Monkeytown. Mój ulubiony moment to Berlin z Miss Platnum na wokalu oraz bitwa na poduszki wśród publiczności, co później przełożyło się na zabawę pierzem podczas występów na Bench Mainstage. Do pełni szczęścia brakowało tylko tego, aby zaśpiewał Thom York, ale panowie zaaplikowali potężną dawkę energii złożoną z solidnego niemieckiego bitu, ale też ciekawych wycieczek w stronę IDM i różnych odmian muzyki klubowej. Treściwie i z przykopem.

Squarpusher podczas swojego występu poszedł natomiast w stronę futurystycznych dźwięków. Ultranowoczesne brzmienie potęgowała jeszcze kosmiczna scenografia. Basy podane zostały w dawce ponadprzeciętnej, dramaturgia występu została precyzyjnie skonstruowana do tego stopnia, że muzyka grana przez Brytyjczyka przykuwała moją uwagę do 4:30 rano.

 

Dzień 3, niedziela, 15 lipca

Niedzielne koncerty zacząłem od spotkania z Laną Del Rey. Złośliwa plotka oraz silny dowód z nagrania z Saturday Night Show wskazywały, że piękna amerykanka nieco ściemnia. Jej koncert na Melt!’cie dowiódł czegoś innego. Autorka płyty Born to Die to diva z dobrym wokalem. Jej występ przykuwał uwagę powabną prezencją wokalistki, kobiecą kokieterią i chęcią sprawdzenia medialnego hype’u na żywo. Pastelowe, popowe przeboje z domieszką retro lepiej jednak sprawdziłyby się w sali koncertowej niż w scenerii festiwalu. Mimo to, koncertowe wykonanie Video Games czy Nathional Anthem okazało się sporym zaskoczeniem na plus.

Organizatorzy Melt! Festiwalu tak sprytnie ułożyli program, że każdemu z trzech dni, pomimo różnorodności oferty muzycznej, przyświecała wspólna idea. Dzień pierwszy to wielobarwna rozgrzewka, dzień drugi – impreza, a ostatni dzień upłynął pod znakiem uspokojenia i relaksu.

Takim cudownym ukojeniem okazał się koncert Destroyera. Kanadyjska formacja, pod wodzą Daniela Bejara, zapodała kawał solidnego, amerykańskiego grania w stylu indie-pop-rocka w osobnej autorskiej odsłonie. 8-osobowy skład, na głównej scenie, zaprezentował materiał ze swojego ostatniego krążka – Kaputt. Doskonała leniwa niedziela w pełnym słońcu w nieśpiesznym tempie i lekko rozleniwiającym klimacie.

The Whitest Boy Alive postawili natomiast na analogowe brzmienia, zabawy z publicznością (piękny widok, gdy kilkutysięczna widownia kuca na znak Erlenda Oye – ci Niemcy to jednak karny naród), swobodne zabawy motywami muzycznymi z Intentions czy Golden Cage, liryczną emocjonalność w mojej ulubionej piosence Gravity, czy podstępne połamane rytmy w Courage. Zespół zagrał też dwa nowe utwory (które grywa już na koncertach od ponad roku) – Upside Down i Bad Consciensce, przy których muzycy przyznali się do inspiracji afrykańskimi rytmami (utwory te brzmiały jak bardziej naturalnie brzmiące kompozycje Vampire Weekend). Radość grania na pełnych obrotach z polskim akcentem – Marcinem Ozem – na basie w koszulce w paski.

Dwa ostatnie koncerty Melt!’a, które miałem okazję zobaczyć, zagrały bandy z Nowego Jorka. Twin Shadow na koncercie to przede wszystkim charyzmatyczna postać George’a Lewisa Jr. i jego niesforna grzywa, która skupiała uwagę podczas występu. Co ciekawe, kompozycje z nowej płyty Confess o wiele lepiej sprawdzają się na żywo niż utwory z debiutanckiego Forget. Zeszłoroczny gig artysty na OFF Festiwalu nie przekonał mnie do końca, na Melt!’cie Twin Shadow uwodził zawodowo swoimi tęsknymi piosenkami, zanurzonymi w lekko kiczowatym, za to melodyjnym, sosie muzyki lat 80 . Zgrana sekcja rytmiczna i taneczne wibracje powodowały, że Golden Light, Five Seconds, a szczególnie Run My Heart okazują się koncertowymi killerami.

Zupełnie natomiast nie poruszył mnie występ Justice. Fragment live actu Francuzów, który zobaczyłem pomiędzy koncertami nowojorskich artystów, wyglądał jak połączenie wysokobudżetowej dyskoteki z kopią występów Daft Punk sprzed 10 lat. Mimo że trafiłem na mega hit We Are Your Friends, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że Gaspard i Xavier niespecjalnie dobrze się bawią schowani za imponującą scenografią. Co zabawne, muzyka nie przestała grać, kiedy producenci wyszli przed scenę pożegnać się z publicznością. Magia muzyki z komputera nie podziałała na mnie tym razem.

Yeasayer zagrał na finał Melt!’a w namiotowej scenie Intro Zelt. Pomimo tego, że grali głównie materiał z nowej, jeszcze nie wydanej płyty Fragrant World, udało im się przekonać do siebie licznie zgromadzoną publiczność. Efekt ten osiągnęli dzięki żywiołowej wymianie energii między muzykami i sporej dawce tanecznej indyjskiej psychodelii. Mnie osobiście zdobyli wykonaniami O.N.E. i Madder Red. Co przyniesie nowa płyta, dowiemy się już w sierpniu, nowe utwory brzmią obiecująco, ale na pierwszy rzut ucha trochę im brakuje przebojowości.

Melt! Festiwal jest imprezą, która celebruje muzykę w szczery i bezpretensjonalny sposób. Bez wielkich gwiazd, za to z inspirującymi artystami – pozwala chłonąć muzykę bez zadęcia. Dlatego warto wybrać się na ten festiwal, by odzyskać wiarę w siłę muzyki nieskażonej niepotrzebnym blichtrem.

Nie ma więcej wpisów