Warto żyć dla takich brzmień i takiego zaskoczenia. Na początek trochę statystyki. W Islandii, w kraju liczącym zaledwie 300 tysięcy mieszkańców, z czego 1/3 pochodzi z samego Rejkiawiku, zrodziły się projekty jakie od lat aktywnie współtworzą światową scenę muzyczną. Sigur Rós, Björk, múm, Gus Gus, Emiliana Torini, Ólafur Arnalds – to pozycje na trwałe wpisane w świadomości fana, stałe punkty na muzycznej mapie świata. Oprócz tych wielkich, także szereg świeżych, niekiedy dopiero co debiutujących zespołów takich jak Seabear, FM Belfast, Of Monster and Men, które dały się już poznać z jak najlepszej strony, dzięki czemu wiele osób chociażby z Polski kojarzy je niemal bez zastanowienia. Po drugiej stronie mamy niemal 40 milionowy, duży, europejski kraj, z potencjałem muzycznym, który coraz bardziej daje o sobie znać, nadal jednak bez dużej liczby chociaż częściowo rozpoznawalnych projektów. Tym bardziej należy się cieszyć, kiedy pojawia się ktoś tajemniczy z naszego kraju, całkowicie pozbawiony muzycznych kompleksów, śmiało mogący konkurować z najlepszymi na świecie.

Fismoll, a dokładniej Arek Glensk – bo o nim będzie ta opowieść – to odkrycie, obok którego nie sposób przejść obojętnie. To artysta pochodzący z Poznania o polsko-skandynawskiej krwi, o którym wiadomo ogólnie bardzo niewiele. Udostępniony, jak na razie, przez niego materiał to w głównej mierze covery dobrze znanych kompozycji uznanych już artystów. To co cieszy jednak o wiele bardziej, to fakt, że Fismoll w swoim dorobku posiada także kilka własnych kompozycji, jak chociażby utwór Who Can Love You, który doczekał się nawet świetnego, nastrojowego teledysku.

Muzyka Fismolla urzeka. Oparte na klimatach sentymentalnych i melancholijnych brzmienie zrodzone przez artystę to propozycje dla fanów m.in. polskich Indigo Tree czy Twilite. Patrząc poza ramy naszego kraju, nie sposób nie doszukać się podobieństw do wspomnianych już islandzkich formacji i charakterystycznego dla tego kraju brzmienia oraz do jednego z ważniejszych twórców ostatnich miesięcy jak i lat za sprawą albumu For Emma, Forever Ago, czyli Bon Ivera. Chyba najwięcej odwołań będzie się tyczyło właśnie Justina Vernona. Wystarczy wysłuchać chociażby kompozycji Let’s Play Birds w wykonaniu Fismolla, aby poczuć podobieństwo i muzyczną nić porozumienia łączących tych dwóch artystów. Trzeci z wielkich utworów Fismolla – Trifle – to aranżacyjne i instrumentalne mistrzostwo. Wszystko wsparte niesamowitym brzmieniem skrzypiec (artysta występuje na koncertach z kwartetem smyczkowym) oraz świetnym, odurzającym wokalem i chórkami skruszy nie jedno zatwardziałe, muzyczne serce (bo: Dźwięki nie są od tego, by przeszkadzały, są od tego, by za nimi tęsknić). Zaskakującym jest jak płynnie, całkowicie bez żadnego problemu Fismoll – jeszcze bądź co bądź debiutant – porusza się w muzyce. Poprzeczkę podnosi fakt, że mamy tu do czynienia z wysublimowanym, ezoterycznym brzmieniem, w którym bardzo łatwo o potknięcie w trakcie budowania kluczowego dla tej konkretnej muzyki klimatu. Chyba trzeba stwierdzić to, co jest całkowicie jasne już od pierwszego przesłuchania Fismolla. Mamy do czynienia z niezwykłym talentem, o którym należy pisać, mówić i którego należy przede wszystkim wysłuchać.

Warto mówić głośno i dobitnie o takich artystach jak Fismoll. To nie tylko niespodzianka krajowa, ale przede wszystkim odkrycie światowe, na miarę uznania szerokiego grona zagranicznych odbiorców. Więcej takich artystów, więcej takiej muzyki!

Nie ma więcej wpisów