OFF Festival na stałe zagościł i na festiwalowej mapie naszego kraju, i w świadomości fanów muzyki niezależnej z całej Europy. Ile w tym wszystkim hipsterstwa, a ile zwykłej miłości do muzyki? Przed tegoroczną edycją obstawiałbym, że oba te słupki w tabeli tak bardzo nie różniłyby się między sobą. Po wszystkich koncertach siódmej edycji OFFa zmieniam zdanie – na korzyść fascynacji dźwiękami. W tym roku, w Dolinie Trzech Stawów mieliśmy do czynienia z naprawdę dużymi nazwami – Artur zaprosił znaczącą ilość wielkich i zasłużonych nazwisk muzycznej alternatywy, ale jak na ironię – to właśnie ci młodsi potrafili wykrzesać więcej entuzjazmu i energii ze słuchaczy.

Pierwszym moim festiwalowym strzałem – i to bardzo celnym – był kwartet Angielek, których mocna fascynacja Joy Division i Siouxie doprowadziła na muzyczne sceny Europy. Tu należą się znaczące brawa dla Artura, który z refleksem godnym dyrektora artystycznego szanowanej, muzycznej imprezy dostrzegł te energiczne kobiety i zaprosił na nasz rodzimy grunt. Energia, przester, energia, Joy Division. Chociaż ta mroczniejsza strona post-punku od jakiegoś czasu praktycznie tylko się powtarza, lepszego osobistego otwarcia festiwalu życzyć sobie nie mogłem. Jehn miotała się po scenie, co chwilę wracając do mikrofonu, by wykrzyczeć kolejne wersy z lekkim fałszem (cierpiała na dość poważny ból gardła). Choć między piosenkami z trudem wypowiadała kolejne słowa, w utworach Savages spełniała swoją rolę idealnie. Tak mocnych i opętanych wokali życzyłbym sobie więcej na gitarowej scenie. Angielki przedstawiły się jako koncertowy zespół bez słabych ogniw. Perkusistka sporadycznie potykająca się w co trudniejszych partiach, robiła to z gracją i urokiem, uśmiechając się sama do siebie. Z całą pewnością nie można dziewczynom zarzucić scenicznej i artystycznej amatorki. Czekam, pełen emocji znanych tylko małym dziewczynkom, na ich kolejny koncert w Polsce.

Po Savages przyszedł czas na Chromatics. Zespół w swoim muzycznym portfolio nie ma słabego materiału. Każda płyta jest co najmniej dobra. Kill for Love jednak jest najbardziej doceniona i najświeższa. Lepszej setlisty wymarzyć sobie chyba nie było można – zabrzmiały ich najciekawsze utwory, ze szczególnym wskazaniem This Streets Will Never Look the Same i Into the Black, które wypadły najlepiej z całego repertuaru. Nagłośnienie i muzycy pod względem technicznym również dawali radę. Od matowego i bardziej dziewczęcego niż kobiecego głosu Ruth można się uzależnić, a jednak coś nie wypaliło. Ze strony zespołu było praktycznie zero prób, jakiejkolwiek interakcji z publicznością. Sama Ruth sprawiała wrażenie raczej sztywno odbębniającej kolejne utwory, z nieschodzącym z twarzy grymasem. Tym zdystansowała do siebie część publiczności. Ciekawiej wypadł Adam, który choć wokalnie udzielił się tylko w This Streets Will Never Look the Same, sprawiał wrażenie zaangażowanego w to co robi. Na szczęście kwartet nadrabiał klimatem i wśród publiczności znaleźli się tacy, którzy nie zwracali uwagi na jałowy kontakt i ulegli sile muzyki.

Chromatics fot. pitaparty.blogspot.com

Ze sceny trójkowej było kilka kroków na scenę leśną – na występ Death in Vegas. Był to drugi bardzo dobry koncert tego dnia i jeden z czołówki całego OFFa. Choć konstrukcje utworów były dość schematyczne, nierzadko opierające się na zasadzie cisza-hałas, niosły ze sobą emocje, którym ulegali festiwalowicze. Mimo deszczu, a raczej ulewy, spod sceny zniknęło niewiele osób. Nic dziwnego. Brytyjska kombinacja ostrzejszych gitar, trip-hopu i eterycznej elektroniki potrafiłaby przy sobie zatrzymać w gorszych nawet warunkach. Dodatkowy plus należy się grupie za wizualizacje, dzięki którym udało się stworzyć bardzo gęsty i specyficzny klimat. Ponadto, My Hands on Your Throat jako zamknięcie koncertu było bardzo trafnym posunięciem.

Równie wysoki poziom trzymali Ul/Kr. Jako, że należę do tych osób, które chodzą na koncerty po to, by słuchać identycznie odwzorowanych utworów, dość poważne obawy miałem właśnie o ten występ. Chłopcy swój studyjny dorobek traktują bardziej jak bazę stylistyczną, aniżeli wzór czy szablon. Różnice pomiędzy wersjami utworów z self-titleda a postacią, w jakiej zostały zaprezentowane na koncercie, były ogromne. Mimo to, wszystko brzmiało świetnie. Wielka w tym zasługa Błażeja. Umówmy się – w tak emocjonalnych utworach liczy się każdy pojedynczy dźwięk instrumentu, ale jeszcze ważniejszy jest wokal i tekst. To z nim słuchacz odczuwa największą więź. Król z pełnym zaangażowaniem wyśpiewywał kolejne wersy Brodząc, Po tak cienkim lodzie czy Ruin. A publiczność w małej kawiarni literackiej tylko słuchała i swoim wymownym milczeniem prosiła o więcej, by później nucić kolejne wersy z zamkniętymi oczami. Wyśpiewania linijki: Miasto mają we krwi, miasto mają w dupie czy prawie całego: Po tak cienkim lodzie raczej nie można łatwo opisać. Tu wchodzimy w emocjonalny ekshibicjonizm. Atmosfera, atmosfera i jeszcze raz atmosfera. I to pomimo faktu, że kilkadziesiąt centymetrów dalej sprzedawali pizzę czy inne placki.

Właściwie nie wierzyłem, że po tak emocjonalnym koncercie cokolwiek będzie w stanie go przebić, ale liczyłem na Mazzy Star i słodki wokal Hope Sandoval. Liczyłem, liczyłem i się przeliczyłem. Trudno wyobrazić sobie lepsze warunki do koncertu tego typu leniwej muzyki, a jednak było to chyba największe rozczarowanie całego festiwalu. Dźwięki wypadły nader mdło. Wręcz nieznośnie. Całe to rozmycie i brak wyrazu zabiły nawet duży potencjał Fade into You. Ale festiwalowicze nie gęsi i znajdą sobie urozmaicenie w trakcie nudnych występów. Skoro były wizualizacje, a realizator miał projektor do ich wyświetlania, to dlaczego nie skorzystać z możliwość prześmiewczego teatru cieni? Tak też zrobiono. I ten pseudokabaretowy element wypadł nawet lepiej niż wysokiej klasy wizualizacje. Ktokolwiek odpowiedzialny był za stworzenie obrazów do muzyki Mazzy Star, powinien dostać jakiś order z czekolady.

Rozczarowanie później uległo już tylko pogłębieniu. Bardo Pond to chyba nie jest zespół na małe sceny. Ciężkie i gęste brzmienie raczej dusiło się w trójkowym namiocie. I tutaj, podobnie jak w przypadku Mazzy Star, ciekawiej wypadła strona wizualna. Światła wspaniale współgrały z dźwiękami i podbijały jej wartość. Na obecną chwilę raczej trudno sobie wyobrazić bardziej dopasowane barwy świateł. Niestety, to za mało.

Niejako gwoździem do trumny pierwszego dnia okazała się scena eksperymentalna. Shabazz Palaces wypadli raczej karykaturalnie z powodu swojej ziomalskiej mini-choreografii. Nagłośnienie im nie pomogło. Rozumiem koncept, doceniam, ale jednak jako przeciętny odbiorca, nie byłem w stanie tego kupić. Jakość brzmienia zaszkodziła również Demdike Stare. Tak jak i Shabazz Palaces – świetny projekt, z nader interesującym materiałem, a mimo to nic nie zaiskrzyło. Nie czułem zbliżającej się apokalipsy, nie odczuwałem napięcia ani zaciekawienia. Stałem tylko i chłodno obserwowałem.

Pierwszy koncert dnia drugiego na szczęście był na poziomie swojego odpowiednika z dnia pierwszego i napełnił nadzieją. Słuchając Other Lives z płyt, można obrać pozycję – fajny zespół, ale do fascynacji raczej daleko. Niby dla takiej muzyki powinna być mała scena, najlepiej jakiegoś dusznego klubu, a do tego pora raczej późna. Okazuje się jednak, że niekoniecznie. Rekomendacje Thoma Yorke’a i supportowanie Radiohead nie okazały się bez pokrycia w rzeczywistości. Amerykanie zrobili to, co zrobić powinni. Wyszli, zagrali w genialny sposób każdy pojedynczy utwór, łapali kontakt z publiką i wkładali swoje serce w każdą zagraną nutę. Bez nadmiernej egzaltacji, bez powtarzania: we’re first time in Poland, bez zbędnych bajerów. Tak powinno być częściej.

Dobre wrażenie podtrzymali Baroness. Zespół na szczęście nie silił się z promowaniem swojego ostatniego krążka i zaprezentował dość przekrojową setlistę. Take My Bones Away – jako jeden z trzech zaprezentowanych utworów z nowego albumu – wypadł najciekawiej. Bardzo fajnym zaskoczeniem był fakt, że również najnowsze utwory  wypadły bardzo dobrze i ograniczono się do prezentowania tych ciekawszych. Co prawda, przez całość brzmienie perkusji dominowało nad dźwiękiem gitar, ale nie należy tego traktować jako zarzut a urozmaicenie, ponieważ nie miało to negatywnego wpływu na odbiór dźwięków. Kto przyszedł dla atawistycznej rąbanki, szedł pod scenę i bawił się jeszcze lepiej niż ci, którzy przyszli na Amerykanów jak na ciekawostkę.

Po Baroness – The Wedding Present z Seamonsters. Nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Album muzycy odegrali całkiem nieźle, wszystkie piosenki trzymały ten sam poziom, a melorecytacje Davida Gedge’a przykuwały uwagę. Po raz już drugi – gra świateł bardzo zgrabnie dopełniła całości.

Thurston Moore fot. pitaparty.blogspot.com

O ile wobec wspomnianych wcześniej Brytyjczyków nie miałem większych oczekiwań, o tyle koncert Thurston Moore był jednym z obowiązkowych pozycji tegorocznego OFF Festivalu. Dużo było obaw, bo Thurston solo/z Chelsea Light Moving nie jest tak zachwycający jak Thurston z Sonic Youth. Jakby tego było mało, ostatnia płyta do udanych nie należy. Po pierwszych dźwiękach gitary ex lidera amerykańskich noise’owców obawy odeszły w zapomnienie. Choć może brzmieć to niedorzecznie, to Thurston w wersji scenicznej ma w sobie coś z Kurta Cobaina. Te dźwięki na granicach dysonansu, sposób w jaki je tamtego wieczoru wytwarzał, jak operował jazgotem oraz jego luźny sposób poruszania się – mogą jednak być wspólnymi punktami. Na żywo potrafi zaprezentować się na tyle ciekawie, by chcieć więcej. Tak muzycznie jak i pod względem scenicznego ruchu. A jeśli jeszcze na koniec zagra Ono Soul, to naprawdę nie można odejść niezadowolonym. Pretendent do podium.

Bardzo dobrym kontrastem dla zgiełkowego Thurstona okazali się być The Antlers. Niemalże niewieści głos Silbermana do lekko post-rockowych i slowcore’owych kompozycji to było to, czego po noise’ach potrzebował słuchacz. Ogromne pokłady melancholii i emocji potrafiły wręcz z niego wykipieć. Cieszy fakt, że Peter dopełnił koncertowy skład Timothym i grają w czwórkę, bo jeśli kompozycje zaprezentowaliby tak, jak miło to miejsce po wydaniu Hospice, to byłoby nieciekawie. A tak dostaliśmy świetny materiał zagrany w sposób ukazujący to, co w nim najlepsze. Wiadomo, że first time in Poland, że Burst Apart to nie Hospice, ale trudno o lepszy koncert festiwalu z gatunku indie. Utwory I Don’t Want Love czy Two dopełniły ten jakże świetny występ. Może i zabrakło Kettering czy Sylvii, ale: Your daddy was an asshole, he fucked You up wyśpiewane z tą silbermanowską manierą pełną emocji zrekompensowało te braki. Brawo dla Petera i reszty.

A później był ten koncert. Ten koncert. TEN. Ten, który chyba najsilniej podzielił OFFowiczów. Jeśli chodzi o Iggy’ego i the Stooges, to można stanąć na dwóch przeciwległych pozycjach. Albo idziesz na koncert i słuchasz muzyki, albo idziesz na Iggy’ego. Tłumy pod sceną mBanku mówiły raczej, że na koncert przyszedł mało kto i to, czego oczekuje się od tego zwariowanego dziadka w peruce – z wyprostowanymi blond włosami – to show. I Iggy dał świetne show. Takie z jakim rock’n’roll kiedyś był związany. Po scenie hasał niczym jurny źrebak, zmieniając swoją pozycję w tempie, którego nie utrzymałoby wielu o połowę młodszych od niego frontmanów. Często się o tym wspomina i to najszczersza prawda – Iggy ma w sobie bardzo duże pokłady sił witalnych. Podrażnił się z ochroną i zaprosił fanów do tańca na scenie, dziękował-kurwa-bardzo i dawał publiczności to, czego od niego oczekiwała. Interakcję, zabawę i evergreeny. Gimme Danger, I Wanna Be Your Dog czy zamykający Passenger wypadły tak jak wypaść powinny – fantastycznie. Nie raziły nawet wtręty saksofonu. Pewnie nawet gdyby zabrzmiały źle i tak nie miałoby to większego znaczenia. Zobaczyć Iggy’ego – to jednak najważniejsze. Nieważne, ile masz lat.

Równie duże kontrowersje wzbudził występ, skrytego za maską, Daniela Dumile. Bo jak to? Bez DJa, bez hypemana? I to ma być Doom? Mimo że podkłady bezczelnie szły z laptopa, a Dumile co jakiś czas tylko przerywał, by napić się wody i najechać kursorem na pixelowy przycisk play, trudno było się nie włączyć w tę atmosferę, przynajmniej momentami. Nawijka szła z brutalną precyzją, setlista też raczej nienajgorsza, bo przekrojowa, miłe zahaczenie o Operation: Doomsday, do tego jeszcze głupie żarty i łapanie kontaktu z publiką. Lepszego koncertu u nas Doom raczej już nie da.

Niby Savages i Other Lives mocno otworzyli mi pierwsze dwa dni, ale tego co zafundował Ty Segall ze swoim bandem raczej nie można się było spodziewać. Muzyka jaką prezentuje nie odbiega od siebie znacząco, a najczęściej wcale. Proste, akordowe granie, które zdradza potrzebę zwykłego, prostego, dynamicznego grania z przesterem. Ma to swój gówniarski urok i energię, ale jednak koncert był czymś więcej. Świetnym punktem łączącym swego rodzaju energię. Ty Segall Band zaprezentował coś w rodzaju międzypokoleniowej nici. Gówniarskość to wielki atut tego młodego mieszkańca Kalifornii i właśnie dzięki temu jego koncert był jednym z lepszych na OFFie. Na rękach innych fanów podróżowali nie tylko sami festiwalowicze, ale i Segall, który w trakcie crowdsurfingu nie odmówił sobie grania na gitarze.

Po takiej dawce energii, przyszło kolejny raz odpocząć przy dźwiękach Davida Pajo, w Katowicach prezentującego się pod pseudonimem Papa M. Miłe, spokojne, stonowane brzmienie było pierwszym udanym występem na scenie eksperymentalnej, w jakim przyszło mi uczestniczyć. Bardzo przyjemne operowanie post-rockiem, wciskaniem go w odrobinę bardziej określone ramy i podtrzymującej rytm, subtelnej elektronice sprawdziło się perfekcyjnie o tej porze dnia. Sam występ z kolei stanowił bardzo miłą odskocznię od bardziej lub mniej gitarowych pozycji w programie siódmej edycji OFF Festivalu. Cała setlista wypadła znacząco na plus.

Lekkim niewypałem okazał się natomiast koncert The Twilight Sad. Muzycznie trudno im cokolwiek zarzucić. Można się, na upartego, przyczepić do faktu, że brzmią jak setki innych, ale trudno też zaprzeczyć, że w tych około shoegaze’owych i post-punkowych rejonach dorzucają dużo od siebie. Problem jednak tkwi w tym, że Szkotów jednak lepiej się słucha niż ogląda. Wina to jednak tylko i wyłącznie Jamesa Grahama. Jego gesty, sposób poruszania się, patrzenie w przestrzeń i nader skomplikowana więź z mikrofonem (niezdecydowanie czy przyłożyć go do ust, czy zostawić w swych wyprostowanych ramionach; a może tak, a może nie, a jednak tak) były do tego stopnia ostentacyjne, że odrzucały. Wypadli podobnie do the Antlers, choć bardziej depresyjnie, a ich utwory są jednak zdecydowanie bardziej emocjonalne. Miłym akcentem było zagranie I Became a Prostitute, który jest jednym z najciekawszych utworów szkockiej formacji.

Gdy Graham skończył swoje epileptyczne manifestacje, nadeszła pora na kolejny wyczekiwany koncert. Kim Gordon i Ikue Mori. Scena eksperymentalna została oczywiście wypełniona po brzegi. Obie panie zaprezentowały bardzo niepokojący materiał. Niby improwizacja utrzymana w duchu płyty nagranej z DJem Olivem, ale początkowo wzbudzała bardziej konsternację i niezrozumienie. Potrzeba było czasu, by monotonne partie gitary zaczęły oddziaływać na zgromadzonych odbiorców. Ale kiedy już atmosfera  i muzyka zaczęły się udzielać, robiło się dość przerażająco. Dźwięki tworzone przez Gordon i Mori bardzo sprytnie kierowane były na dalszy plan tak, by prym oddać zmysłowi wzroku. A kiedy oczy spoglądały na wizualizacje, to mózg zaczynał rozumieć, że nie jest tu do końca normalnie i tych obrazów nie tworzył Pan Kleks w jakiejś cukierkowej chatce z kolorowymi piegami. Całość, choć krótka, mogła wywołać coś, co mieszkańcy Wysp określają mianem mindfucku. Trudno wywołać tak silne i dziwne emocje. Kim i Ikue się jednak udało.

Battles fot. pitaparty.blogspot.com

W opozycji do prostoty i minimalizmu stanęli Battles. Osobiście uważam ich za ogromne, pozytywne zaskoczenie. Nigdy nie przypuszczałbym, że tak hermetyczne i – co tu dużo mówić – chłodne brzmienie wywoła u mnie tupanie nogi czy ruchy bioder. A jednak. Trio rozniosło scenę mBanku i przydzielone jej trawiaste pole. Ogromny taneczny pierwiastek i sceniczna zabawa Iana Williamsa, który tańczył pomiędzy syntezatorami, udzielały się zgromadzonym. Stanier z niebywałą prędkością i precyzją wybijał rytm. Pewna ironia polega na tym, że panowie nie zmienili nic w swoich utworach i brzmiały one dokładnie tak jak na płycie. A jednak, mimo to, jest między wersjami studyjnymi i wersjami live ogromna przepaść, którą odczuć i zrozumieć można tylko i wyłącznie uczestnicząc w ich koncercie. Amerykańskie trio bardzo ciekawie rozwiązało sprawę gościnnego udziału wokalistów. Za zestawem perkusyjnym stanęły dwa małe telebimy, na których kolejno mogliśmy obserwować Kazu Makino, Mathiasa Aguayo oraz Gary’ego Numana. Umieszczono ich na czarnym tle i zaprezentowano tak, jakby śpiewali swoje partie w czasie rzeczywistym, a nie jakby byli tylko wyciętym z całości elementem. Bardzo ciekawe i celne rozwiązanie. Ten występ trwał zdecydowanie za krótko.

Przed Swans znalazła się jeszcze chwila, by wyskoczyć na koncert Stephena Malkmusa i The Jicks. Tutaj sytuacja jest analogiczna do tej z The Wedding Present. Występ nie miał w sobie nic nadzwyczajnego. Owszem, fajnie było zobaczyć tę legendę indie rocka i usłyszeć jego najciekawsze numery, ale do ekscytacji raczej długa droga. Nie mniej jednak, bardzo dobrze, że również takie postaci w Katowicach się pojawiają i przybliżają słuchaczowi istotny dorobek gitarowej sceny alternatywnej.

Swans fot. pitaparty.blogspot.com

No i nadeszła pora na Swans. Napięcie przed koncertem dało się wyczuć dość mocno. A co, jeśli naprawdę zagrają ekstremalnie głośno? Tę myśl zdawały się urzeczywistniać liczne grupy ludzi z zatyczkami w uszach. Na szczęście jednak nie zagrali aż tak głośno, by pierwsze rzędy nie mogły tego znieść, chociaż przyznać trzeba, że był to najgłośniejszy koncert w Dolinie Trzech Stawów. W przypadku zespołu Giry (że to jego projekt – dawał znać dość wyraźnie) jest trochę jak z Iggym. Jeśli przyszedłeś na piosenki, o których marzyłeś, to raczej ich nie usłyszałeś, bo Swans zaprezentowali swój mały przewodnik po hałasie. Jeden akord Michael potrafił trzymać grubo ponad 10 minut, by zmienić go na chwilę i ponownie do niego wrócić. Tym razem na kwadrans. Ten występ, a może raczej misterium albo szamański rytuał, któremu przewodził Gira było bezbłędne. Wszystkie dźwięki, jeśli zamknąć oczy, zlewały się w coś, co można by określić mianem apokaliptycznej sonaty. Nikt nie miał prawa z niej wyjść, bo dźwięki potrafiły wręcz przykuć do podłoża. Mogłeś oberwać. Fizycznie (Michael wszak bił się po twarzy), bo dźwiękowo raczej mało kto będzie w stanie przywołać tak silne uderzenie… Do tej pory osobiście mam problem ze zrewidowaniem i określeniem swojej pozycji. Bez wątpienia, było to niezwykle fascynujące i absorbujące, i polecałbym każdemu uczestnictwo w koncertach Swans, ale… Mimo wszystko, kiedy masz szczęście stworzyć tak wspaniałe kompozycje jak Killing for Company czy You Fucking People Make Me Sick (i – w sumie – można tu dodać prawie wszystkie ich utwory), a postanawiasz robić hałas, to chyba jednak przedkładasz własną ambicję nad słuchaczy. Pomijając fakt, że nie trzymasz się wyznaczonego czasu.

Swans wprowadzili mnie w dość silny stan oszołomienia i konsternacji. Stan ten podtrzymali Chrome Hoof. Nie grali, co prawda, aż tak ciężko jak Gira ze swoim zespołem, ale lekko z pewnością też nie było. Disco metal + Hydrozagadka to jednak świetne połączenie. Tutaj trudno się tak naprawdę rozpisywać, bo kolejne słowa to tylko pochwały i pochwały, i jeszcze więcej zachwytów. Bardzo energetyczna i nietypowa mieszanka. Chyba nawet bardziej dla samego zespołu niż dla słuchaczy. Jeśli się tego nie widziało, to wypadało przynajmniej słyszeć. Jeśli się nawet nie słyszało, to powinno się żałować. Tyle.

No i nadeszła pora na ostatni koncert. Rudy Matthew Barnes, czyli Forest Swords w wersji studyjnej wraz ze swoim, jeszcze bardziej rudym, kolegą w skarpetach i z basem dali koncert godny zamknięcia OFF Festivalu 2012. Warto było czekać i dobudzać się na siłę tylko po to, by nawet półżywym oprzeć się o barierkę i chłonąć każdą klatkę wizualizacji, każdy dźwięk z tego Apple’a, wszystkie uderzenia struny gitary i basu. Nie było żadnej mistyki czy innych równie głębokich uczuć. Na szczęście. Jeśli już szukać jakichś przymiotników, którymi można określić te czterdzieści minut muzyki to: niepokój i mrok. Na pierwszy odsłuch wszystko gra, ale im głębiej w dźwięki, tym bardziej widać te prawdziwe emocje, które pchnęły Barnesa do tworzenia muzyki. Małe zmiany w utworach dodawały im tylko wartości. Hoylake Mist czy cover Aaaliyah If Your Girl wpadły bardziej bezbłędnie, niż można by od ich twórcy oczekiwać. Tak zakończył się siódmy OFF. Matthew strzelił publiczności fotkę i się zmył. Tak jakby wcale nic się nie zdarzyło. Tak jakby nie zagrał jednego z najlepszych koncertów siódmej edycji katowickiej imprezy. Tak jakby wcale nie miał potencjału wywrócenia sceny elektronicznej do góry nogami. Będzie kiedyś wielki.

W drodze powrotnej można było powspominać jeszcze przypadkowe koncerty BNNT, które były chyba najlepszym pomysłem na robienie zadymy.