Każdy chyba kiedyś marzył o tym, żeby urodzić się w innej epoce. Nie mówię tu o odległych czasach króla Artura i Zbyszka z Bogdańca. Dla mnie wystarczyłaby druga połowa ubiegłego wieku. Złote czasy muzyki, złote czasy przemian. Kto nie chciałby pójść na koncert młodych Beatlesów, znaleźć się pod sceną, w tłumie mdlejących fanek? Oddać się szaleństwu, które przez gęstą atmosferę, aż czuć było w powietrzu… Albo tacy Beach Boys, czyż oni nie byli cudowni?

W końcu jednak przychodzi stan otrzeźwienia. Uświadamiamy sobie, ile niezbadanych lądów muzyki czeka jeszcze na odkrycie. Ilu artystów przeżywa to samo, co my i niewątpliwie ma żal do losu o to, że zostali skazani na życie w czasach, gdzie syntezator stał się niemal jednostką kultu. Są też tacy, którzy niczym się nie przejmują i postanawiają podzielić się ze światem tym, co im w duszy gra, tworząc w ten sposób muzyczne placebo dla nierealnych pragnień udręczonych ludzi.

Kiedy pierwszy raz usłyszałam Mikala Cronina, czas zmienił bieg i zaczął robić cykliczne koło, zamiast iść do przodu. Ten chłopak ze słonecznej Kaliforni nawet nie ma pojęcia, że jest ucieleśnieniem pragnień milionów, do których nie miał jeszcze szansy dotrzeć. Zaczynał skromnie, jako członek garażowego bandu Charlie & The Moonhearts. Potem skumplował się Ty Segallem i razem stworzyli filary folkowo-surferskiej muzyki, z których w 2009 roku narodziła się płyta Reverse Shark Attact. Dzięki temu Cronin odważył się dwa lata później wydać swój debiutancki album, który podobno powstawał w czasach, kiedy Mikal przeżywał niemal załamanie, że kończy swój ukochany college i będzie musiał udać się na tułaczkę w tak zwanym real life. Jak widać, im bardziej nieszczęśliwy artysta, tym lepsza muzyka z tego bólu powstaje.

Piosenki w klimacie kalifornijskiej plaży, przy zamkniętych oczach i odpowiedniej akustyce, zupełnie zmieniają poczucie czasu, miejsca i akcji. Budzisz się na Zachodnim Wybrzeżu, wśród porozrzucanych desek surfingowych, zmechaconych koców i wielkiego oceanu. Psychodeliczne dźwięki, doprawione harmonijnym brzmieniem gitar, czasem energetycznym, czasem nostalgicznym i surferskie chórki sprawiają, że nie chce się stamtąd odchodzić. Tylko ty, plaża i Mikal. Wszystko brzmi jak wyjęte żywcem z lat 60., jakby Cronin za swoją rozczochraną grzywką został wyrzucony z Beatlesów i zmuszony był radzić sobie sam.

Muzyka Mikala Cronina to plaster na rany dla wszystkich, którzy czasem chcieliby znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Po jakimś czasie okazuje się jednak, że kompletnie nie da się go odkleić, bo swoim nachalnym, nieokrzesanym brzmieniem na stałe wrasta w muzyczną świadomość i czyni niezłe spustoszenie. Miejmy nadzieję, że Cronin wybije się niedługo ze swojej kalifornijskiej plaży i zrobi się o nim naprawdę głośno.

Nie ma więcej wpisów