Postrzegana jako zimna, wyobcowana, mroczna – Islandia to ostatnimi czasy chętnie obierany kierunek muzycznych wędrówek. Jest bowiem w islandzkich brzmieniach coś szczególnego, coś co sprawia, że nie tylko nie przechodzi się obok nich obojętnie, ale chce się w nich bardziej zanurzyć, pobyć.

Płynące z wyspy dźwięki przykuwają uwagę już nie tylko melancholików, smutasów, ale przede wszystkim osób wrażliwych, spragnionych przeżyć, wrażeń, emocji. Tego właśnie oczekiwano po najnowszym wydawnictwie Sigur Rós, którzy po czteroletniej przerwie powrócili z Valtari.

Szósty w dorobku Islandczyków album, niestety, nie wniósł do muzycznego świata fanów grupy zbyt wiele nowego. Malujące się pod powiekami impresjonistyczne wręcz obrazy, długie utwory, nieco islandzkiego mroku, trochę mistycyzmu – żadnego z tych elementów nie zabrakło. Podobnie jak na poprzednich płytach, znajdziemy tutaj również subtelne dźwięki ksylofonu, fortepianu, instrumentów smyczkowych, poprzeplatanych burzącymi harmonię trzaskami i pogłosami.

Są jednak emocje. Sigur Rós przyzwyczaili nas do silnego odczuwania za pomocą ich muzyki – tego odebrać im nie można. I choć większość z nas nie rozumie, co kryje się za wyśpiewanymi falsetem Jónsiego słowami, nie ma to żadnego znaczenia. Te uczucia, stany kryją się bowiem zarówno za wokalem, jak również – o ile nie przede wszystkim – za dźwiękami całego instrumentarium.

Nie będzie przesadą nazwanie Varud najmocniejszą stroną całej płyty. Rozpoczynający się od łagodnych dźwięków pianina, z każdą kolejną sekundą coraz bardziej uderza w najczulsze punkty, szarpie nami, powodując narastające uczucie kumulowania się wewnątrz najróżniejszych emocji. Znacząco odbiega tym od pozostałych kompozycji – nastrojowego Ekki Múkk, odrobinę patetycznego za sprawą partii chóralnych Dauðalogn, czy wprowadzającego niepokój, tytułowego Valtari. Są one bardziej stonowane, nostalgiczne i bardziej koją duszę, niż sprawiają, że chce się ona wydrzeć.

Oczywiście, można ten album nazwać melancholijnym, smętnym. Można powiedzieć, że męczy, nudzi, usypia. Wreszcie możemy powiedzieć, że to wszystko już było, a tylko potwierdza wyznaczony już wcześniej poziom grupy. Po raz kolejny jednak muzyka Sigur Rós wyciąga z nas to, co najgłębiej schowane, nieodkryte, nienazwane – smutek, żal, tęsknotę, radość, miłość, namiętność. W ten sposób odbierana, słuchana ze skupieniem, na pewno niejednego poruszy, a być może wpłynie na jego dalsze postrzeganie świata. Z pewnością natomiast obroni się podczas występów na żywo, podczas których zawsze dzieje się magia.

Nie ma więcej wpisów