Nie wiadomo o nich zbyt wiele, nie promują się za bardzo, na razie są słabo rozpoznawalni, ale dzięki najnowszemu singlowi, coraz częściej pojawiającemu się na muzycznych blogach, udało się ich wytropić. Na swoim facebookowym profilu przedstawiają się jako nadchodząca popowa sensacja dla fajnych dzieciaków. I chyba nie przesadzają.

Tiger Love to założony w 2010 roku londyński zespół. Tworzą go trzej bracia: Roii, Gigi i Loral Love. Fotograf mody, producent muzyczny i zawodowy tenisista. Na początku uważani byli za kolejnych sobowtórów MGMT, ale wraz z publikacją kolejnych kawałków zniknęły wątpliwości co do tego, że znaleźli swój sposób na muzykę. Nazwa zespołu pochodzi ze starego horroru rodem z Hong Kongu, opowiadającego o związku kobiety z tygrysem (jakkolwiek to rozumieć). Podobno inspirują ich filmy tego typu, a także Velvet Underground, Nico i Macaulay Culkin. Obecnie nagrywają w Nowym Yorku, ale widać terminy ich nie gonią, bo nie wiadomo kiedy ukaże się ich debiut. Supportowali Marka Ronsona, TV on the Radio czy Hurts i chyba głównie dzięki temu zdobywają coraz większą popularność.

Można by mówić, że to kolejny twór, podobny do reszty synth popowych zespołów. Wygładzony i dopracowany, idealnie pasujący do muzyki dla mas i grzecznych dzieci, a przez to nudnawy. Ale to tylko pierwsze wrażenie, w dodatku mylne. Tiger Love to nieokrzesany look, surowe dźwięki z warczeniem syntezatora, niepokorne teledyski i piosenka o Pussy Cocaine. Ani grama lukrowej polewy. Poza tym, ich kawałki, jeśli wypłyną na głębsze wody, mają szanse stać się pewniakami przy rozkręcaniu mniejszych i większych imprez, bo – co tu dużo mówić – są do tego stworzone. Jedno jest pewne – ten zespół ma potencjał i prawdziwe zadatki, by kiedyś było o nim naprawdę głośno. Oby nie zginęli w tłumie.

Nie ma więcej wpisów