Podobnie jak przy debiucie, po sophomorze The Vaccines nie spodziewałem się niczego szczególnego. I choć do płyty podchodziłem naprawdę obojętnie, dobrze jest czasem pomyśleć, jak bardzo można się rozczarować. Grupa nie zmieniła właściwie żadnego ze swoich dotychczasowych postanowień i dalej, brylując w hedonizmie gitarowych trzyminutówek kreowanych na lata 70., stara się o nic innego, jak właśnie odbiór muzyki ukierunkowany na trwanie. Jest jednak postęp, który, co prawda, nie pretenduje zespołu do Mercury Prize (która była nieporozumieniem), ale jednak daje nadzieję.

Gdy chwytliwość bajecznie życiowego refrenu Post Break-Up Sex czy If You Wanna zdaje się być niezastąpiona, trudno jest zrezygnować z takiego podejścia do muzyki przy Come of Age. Nic więc dziwnego, że na pierwszy ogień przy nowej płycie idą No Hope i Teenage Icon, które zarówno muzycznie jak i tekstowo nawiązują do poprzedników. Ale na tych przykładach Justin Young pokazuje, że poświęcił o wiele więcej czasu na analizę swoich umiejętności i poprawił przekaz swoich tekstów. Skupianie się na problemach mieszczących się w granicach wieku młodzieżowego, do tej pory przeważało w zestawie The Vaccines, dlatego i tym razem jest podobnie, choć zwięźlej. Oh, I could bore you with the truth / about an uneventful youth, though you could get that rap from someone else / and I could make an observation, if you want the voice of a generation / but I’m too self-absorbed to give it clout – śpiewa już w pierwszej zwrotce albumu. Jednak próba określenia mentalności zagubionej w dorastaniu młodzieży zdaje się mieć o wiele ciekawszy ciąg dalszy: I know I am so self-obsessed, I guess / but there’s, no hope, and I hope it’s just a phase / oh, I’ll grow.

Publiczność bywa nieobliczalna, dlatego choć niczego obu utworom nie brakuje, nie podejrzewam ich o popularność większą niż ich poprzedników. A szkoda, bo przewrotność podkreślana w wersach: I’m not teenage icon, I’m nobody’s hero warta jest większej uwagi. Podobnie jak spojrzenie na kobiety i ich rozumowanie, które w I Wish I Was a Girl nawiązuje do próby na Noosgard. Tu różnica polega jednak na kompozycji, która w tym przypadku daleka jest od skoczności i gitarowego szumu, i stawia na większą balladowość. Tym właśnie wygrywają inne kompozycje – posępne Weirdo i marzycielskie, kończące album Lonely World podane w smaczku bardziej country.

Zrezygnowanie z dwuminutowych szaleństw oraz wprowadzenie nieco spokoju i rozwagi sprawia, że zupełnie inaczej można spojrzeć na The Vaccines. Takie próby nie muszą oczywiście podobać się wszystkim, którzy przywykli do nieco bardziej swawolnego wcielenia zespołu, ale nikt nie zabroni im tańczyć w rytm Bad Mood i podśpiewywać wyznania I Always Knew: ‚cause you talk to me and it comes off the wall / you talk to me and it goes over my head / so let’s go to bed before you say something real / let’s go to bed before you say how you feel. Dla całej reszty Come of Age może stać się większym zachwytem nad Brytyjczykami.

Nie ma więcej wpisów