19 lutego, ponad półtora roku temu ukazał się The King of Limbs – ósmy, studyjny album brytyjskiej formacji Radiohead. Zespołu nie tyle poważanego przez krytykę, co wielbionego. Jak się okazało, wielbionego w złym znaczeniu tego słowa. Thom Yorke z kolegami przyzwyczaił dziennikarzy do wydawania albumów wielkich. A kiedy można już było pobrać cyfrową wersję The King of Limbs, okazało się, że to nie na to czekali krytycy.

Na nowej płycie zabrakło rewolucyjnego spojrzenia na muzykę. Zabrakło też – przejmujących do ostatniego grama duszy – piosenek traktujących o odstrzeliwaniu niedźwiedzi na Słowacji, z którymi mógłby utożsamić się każdy – tkwiący w pseudodepresji – czternastolatek. Anglicy postanowili po raz pierwszy wydać album, który nie miałby niczego zmieniać, a pokazać ich własne inspiracje, które zostały ubrane w dobre, ponadprzeciętne piosenki. Ósmy krążek spotkał się z ostrą krytyką. Im nie było wolno nagrać takiej płyty.

Dlaczego tak dużo o tym piszę? Obawiam się, że teraz podobnie może być w przypadku formacji Geologista, Avey Tare’a i kolegów. Ostracyzm środowiska raczej nie będzie tak radykalny. Animal Collective nie wpisali się w świadomość dziennikarzy jeszcze tak jak Radiohead, ale z pewnością będzie dużo głosów krytykujących Centipede Hz z podobnego powodu, z jakiego krytykowano The King of Limbs.

Nowa płyta Animal Collective to nie Merriweather Post Pavillion czy Strawberry Jam. To nie jest krążek, który wgniata słuchacza w fotel, czy przenosi w rejony świadomości, o których słuchający nie miał pojęcia. Nie oznacza to, że Centipede Hz jest płytą złą. Bynajmniej. To dobre, solidne wydawnictwo, które można spokojnie kupić i słuchać. Nie nudzi.

Technicznie rzecz biorąc, Animal Collective postanowili swoją kwasową elektronikę napędzić rytmiką ze swoich poprzednich płyt freak-folkowych. Dorzucili do tego również niezłe refreny i wygładzili brzmienie. Gdyby nie fakt, że tworzą muzykę przeznaczoną raczej do czerpania przyjemności z zażywania złych substancji, to niektóre ze znajdujących się na płycie utworów mogłyby spokojnie trafić do radia. Można by też użyć słowa pop w kontekście Centipede Hz, ale byłoby to jednak lekkie nadużycie.

Chociaż jest trochę bardziej piosenkowo i nie ma już tak częstego bombardowania partiami perkusji, to muzycy nie uciekają daleko od swojego brzmienia. W stosunku do poprzednich płyt – trochę tu nowych składników w postaci choćby nierzadkich zmian motywów czy zdecydowanie bardziej piosenkowego podejścia do kompozycji, ale nie trudno byłoby się domyślić, że to album tego zespołu od My Girls, ideologicznie przecież pokrewnego.

Z faworytami też raczej – w przypadku nowej płyty – jest trudno, ze względu na wyrównany poziom całości. Today’s Supernatural to bardzo dobry kandydat na utwór promujący wydawnictwo. Zawiera w sobie wszystko to, co nowe i stare u Amerykanów. Sam refren jest do bólu prosty, oparty bodajże na elektronicznie przetworzonej partii akordeonu, napędzany plemiennym zaśpiewem – powinien sprawdzić się w swojej roli. Kroku dotrzymuje Applesauce, bliski mu również ideologicznie.

Jako strzał numer dwa wskazałbym Monkey Riches. Właściwie z tego samego powodu co poprzedników. Dobry zamysł kompozytorski, świetnie wpisująca się w ramy utworu partia wokalu i dziesiątki wtrętów, które pokazują, że fascynacje udało się zespołowi przełożyć na całą płytę dobrze i bez szkody na jej jakości.

Nie ma więcej wpisów