Nowa lokalizacja oraz szersze spektrum gatunkowe zaproszonych artystów to dwie główne zmiany w formule festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Dwa dość ryzykowne posunięcia, które mogły zaważyć na powodzeniu tegorocznej edycji. Zaważyły, z tym, że z pozytywnym skutkiem. Przeniesiona z terenów byłej kopalni Katowice do Doliny Trzech Stawów impreza, mimo drobnego niezadowolenia stałych bywalców, zgromadziła jednak sporą rzeszę fanów muzyki i takiego właśnie spędzania wakacyjnych weekendów.

Ten dla nas na dobre rozpoczął się w piątek wraz z pojawieniem się na Little Big Stage/Hipno Stage producenta o pseudonimie Kwes. Nieco onieśmielony Brytyjczyk, wspomagany przez dwie urocze istoty – perkusistkę i panią przy klawiszach – przedstawił publiczności materiał zarówno z poprzedniej EPki, jak i najnowszej Meantime. Szczególnie magicznie wypadł w jego wykonaniu kawałek Igoyh, gdzie gitara basowa dość przyjemnie przeszywała swoimi drganiami ciała publiczności. Nie zabrakło również świeżego materiału, który znajdzie się na debiutanckiej, długogrającej płycie artysty.

Zaraz po występie Brytyjczyka zainaugurowano koncerty na Main Stage, gdzie jako pierwsza zaprezentowała się nam Speech Debelle. Pierwsza reprezentantka sceny hip-hopowej podczas tegorocznego Taurona z pewnością wpłynie na pojawienie się tego gatunku również na kolejnych edycjach. Na scenie, mimo zbyt wczesnej jak na taki koncert pory, raperka poraziła swoją energią. Zwłaszcza podczas wykonania Changes 2Paca, czym wzbudziła spory entuzjazm zbierających powoli się na terenie imprezy uczestników.

O ile festiwalowi przyświeca idea promowania świeżości i nowości głównie w muzyce klubowej, w line-upie siódmej edycji nie zabrakło doświadczonych gwiazd, również z innych gatunków. Po nich też spodziewano się najwięcej. Niestety, nie wszystkim udało się temu sprostać.

O godzinie 21:00 na Głównej Scenie pojawiła się jedna z zapowiadanych gwiazd Taurona, czyli grupa Gang Gang Dance. Niestety, dla wielu ten koncert mógł okazać się sporym rozczarowaniem. Słabe nagłośnienie zepsuło początek, którym był utwór z ostatniej płyty Eye ContactAdult Goth. Choć wydawało się, że później nastąpiła poprawa, przy wyczekiwanym, niekwestionowanym przeboju, jakim jest Mindkilla, poziom niezadowolenia jedynie jeszcze bardziej wzrósł. Piosenka wypadła raczej bezbarwnie i nie zachęcała do dzikich pląsów, które (i to się akurat chwali) Lizzi Bougatsos sama wykonywała ze szczerą radością. Podobnie efektowna była jej gra na perkusji. Szkoda więc, że cały występ nie zapisał się szczególnie we wspomnieniach słuchaczy.

Jednym z najbardziej wyczekiwanych występów na Red Bull Music Academy Club Stage podczas pierwszego dnia był występ Marcela Everetta, znanego jako XXYYXX. Ten zdolny młodzieniec – który tworzy klimatyczne, elektroniczne brzmienia – budzi ostatnio spore zainteresowanie, jak również duży podziw ze względu na owoce swojej twórczości. Nie sposób odmówić mu wrażliwości czy umiejętności, absolutnie nie. Trudno jednak, mimo wszystko, powiedzieć o jego występie na TNM 2012 cokolwiek pozytywnego, niestety.

Pierwszym złym zwiastunem było opóźnienie. Najpierw ok. 15-minutowe, następnie półgodzinne, a ostatecznie aż godzinne. Mniej więcej co kwadrans poprzednik młodego Amerykana – Eltron John – żegnał się z publicznością, by zwolnić scenę. Wracał jednak kilka razy, by grać dalej, co było akurat bardzo pozytywnym aspektem spóźnienia XXYYXX, bowiem Polak rozkręcał dobrą imprezę, serwując publiczności energiczne, taneczne dźwięki, które nawet nie tyle, że umilały czekanie, co najzwyczajniej cieszyły festiwalowiczów bawiących się w najlepsze.

Nie wiemy, co dokładnie wydarzyło się za kulisami, przed występem Marcela. Możemy się jedynie domyślać, że zepsuł się sprzęt, że gdzieś, coś nie zadziałało tak, jak powinno. Chłopak próbował bowiem wyjść na scenę kilka razy, nim został na niej ostatecznie. Wokół niego kręcili się różni ludzie, którzy coś sprawdzali, coś podłączali czy odłączali. Efekt był jednak taki, że XXYYXX zaprezentował się bardzo słabo. Wypadł tak, jakby pierwszy raz w swoim życiu operował jakimkolwiek sprzętem. W jego secie nie było ani grama spójności, prezentowane utwory były raz nastrojowe, raz taneczne, bezsensownie się przeplatały. Co najgorsze, nie było pomiędzy nimi absolutnie żadnej płynności, wszystko brzmiało tak, jakby chłopak niechcący przełączał utwory w odtwarzaczu komputera. XXYYXX zawiódł, bardzo.

Trochę wytchnienia w całym elektronicznym szaleństwie dała nam natomiast grupa Beach House, która po raz pierwszy odwiedziła Polskę. Dream-popowy duet wprowadził w Dolinie nieco melancholijną atmosferę, sprzyjającą odpoczynkowi, wyciszeniu i skupieniu. Rozłożeni na trawie festiwalowicze wpatrywali się albo w gwiazdy, albo na scenę, z której Victoria skupiała na sobie prawie całą uwagę. Niestety, ta sielanka nie trwała długo. Deszcz, który nadciągnął trochę niespodziewanie, nie tylko wzbudził popłoch wśród publiczności, ale przede wszystkim spowodował przerwanie koncertu. Odczuwamy niedosyt, tym bardziej, że wykonanie Myth w strugach deszczu i przy oświetleniu sceny wyszło niezwykle magicznie.

Dużo więcej energii wydobyli z publiczności panowie z Hot Chip. Co prawda, piątkowy koncert może nie był koncertem ich życia, ale pokazali jak wiele dystansu mają do samych siebie i jak ogromną frajdę sprawia im granie na żywo. Tym sposobem zostali zwycięzcami pierwszego dnia na Main Stage. Ich energia biła ze sceny, a sami muzycy zdawali się bawić lepiej niż niejedna osoba znajdująca się pod sceną. Kiedy podczas kawałka Over and Over na scenie dołączyli do nich dodatkowo muzycy z Gang Gang Dance i Beach House, i razem oddali się szalonym pląsom, wszystkich ogarnęła prawdziwa ekscytacja. Świetny wokal i dobra zabawa – tak najtrafniej można opisać ten występ.

Po takiej dawce skrajnych odczuć czekaliśmy na kolejny dzień i na to, co nam muzycznie przyniesie.

Nie ma więcej wpisów