Od czasu głośnej sprawy kradzieży płyty zespołu Kult oraz społecznych następstw zjawiska piractwa (czy też jak wolą niektórzy – kopiowania) albumów muzycznych, takich jak protesty przeciwko ACTA minęło już trochę czasu. Jednak co chwila powraca się do problemu, którym ogarnięty jest świat biznesu i cyberprzestrzeń.

Tym razem dyskusja rozrasta ponownie, choć niebezpośrednio z powodu Kazika Staszewskiego, który – jak oblicza ogromna społeczna maszyna – stracił na swojej pracy już prawie sto milionów złotych. Wszystko za sprawą strony stratakazika.pl, dzięki której każdy może narazić na szkodę niemal dowolnego artystę.

Nasz sprytny plan polega na automatycznym robieniu kolejnych kopii albumu „Hurra”. Kiedy kończy nam się miejsce na dysku, po prostu usuwamy stare kopie, by zrobić miejsce na następne. Uznaliśmy, że to najprostszy sposób, żeby kogoś ograbić na dużą kasę. Wystarczy, że będziemy w kółko kopiować muzykę (w tym przypadku płytę „Hurra” Kultu – 27,99 zł za sztukę w sklepie SP Records), a strata Kazika szybko osiągnie takie rozmiary, że po podziale łupu wszyscy zostaniemy bogaczami. Nie wiemy, niestety, co się stanie ze światem w momencie Kazika – chwili, kiedy Strata Kazika przekroczy PKB Ziemi – pisze na stronie Radek Czajka, który postanowił walczyć z hipokryzją przemysłu muzycznego.  Wykorzystuje do tego Bogu ducha winnego muzyka, który przecież odważył się tylko nazwać kilka tysięcy osób kurwami.

Pewnie, można stwierdzić, że facet miał jaja, aby wyrazić to, o czym myśli większość muzyków – przynajmniej ta, która nie musi co chwila pokazywać się na otwarciach klubów i butików – jak i cała reszta branży muzycznej. Tyle, że rozrost jednego organu spowodował utratę drugiego, bo zabrakło tu odpowiedniego ukształtowania swoich myśli i spokoju, który trafiałby w sedno lepiej niż histerycznie śmieszne wyciąganie szabelki.

Jako praworządni obywatele, którzy przeciwstawiają się wszelkim niesprawiedliwościom i kradzieżom dobrze wiemy, że przesłanie nie rób drugiemu co tobie niemiłe działa szczególnie wtedy, gdy to nam stanie się największa krzywda. Nie chcąc jej wyrządzać muzykom, należałoby w tym momencie wspomnieć o wielu miejscach, gdzie dostęp do dóbr kultury jest należyty i zgodny z prawem. Źródła wszelkich kulturalnych – ale przede wszystkim muzycznych – fascynacji proponuje strona legalnakultura.pl, na której znajdujemy płatne jak i bezpłatne formy duchowego ubogacania się.

Można też zawierzać i korzystać z możliwości serwisów streamingowych takich jak: soundcloud, bandcamp, deezer ale także last.fm, youtube.com czy sklepowi empik.com i muzodajnia. Problem zaczyna się, gdy pliki te chcemy zapisać na dysku czy urządzeniach przenośnych. Połowicznie problem rozwiązuje się przy tych dwóch ostatnich, dzięki którym za opłatą kupujemy to, na czym nam zależy. Od roku także w naszym kraju działa serwis iTunes Store, co znacznie ułatwia dostęp do muzyki tym, którzy są gotowi za nią zapłacić. Tym samym okazuje się, że tych, którzy niekoniecznie muszą wyjść do sklepu muzycznego by zdobyć jakiś album jest coraz więcej.

Nic to jednak w przypadku Kazika. Przytaczany w listopadowym numerze Machiny sprzed trzech lat Jarosław Lipszyc, który był inicjatorem wielu akcji i projektów związanych z otwartymi zasobami edukacyjnymi, w tym Listu otwartego przeciwko DRM– cyfrowym systemom ograniczania dostępu do dóbr kultury.

Oto kres płatnej kultury nadchodzi. Jakiś Lipszyc bredzi o wymianie kulturalnej bez udziału pośredników. Do wymiany potrzeba jednak dwóch chętnych. Nie jest wymianą sytuacja, że kradniesz mi z domu książkę bez mojej wiedzy i zgody. Jeśli przekażesz mi pan całą swoją przyszłoroczną pensję, to chętnie się zamienię na kilka swoich piosenek. Umowa stoi?

W takim wypadku można odpowiedzieć autorowi tych słów, że niestety umowa nie dojdzie do skutku.  Tym bardziej, że jego stanie w opozycji do takiej formy dystrybucji – postępu – jest nietrafione, czego doskonałym przykładem sprzedaż płyty In Rainbow metodą płać ile chcesz, którą użył zespół Radiohead. Jeśli odnieść popularność Brytyjczyków do rzeszy fanów samego Kazika, a także jego wszystkich muzycznych tworów, można odnieść wrażenie, że i w naszym kraju taki plan dałby radę.

Z podobnego założenia zrodził się program MegaTotal.pl, gdzie dzięki wsparciu słuchaczy można wydać własny album, niekoniecznie będąc w rękach największych korporacji. Udostępnianie przez samych wykonawców, nagrań demo obfituje w zbieranie grona fanów jeszcze przed wydaniem płyty, do której dokładają się sami słuchacze. Inwestycje w wydaniu albumu potencjalnych fanów i nabywców nie odnosi się jednak tylko do debiutantów. Formacja Cool Kids Of Death zbiera w ten sposób fundusze na album z remiksami.

Problem w tym, że sam zainteresowany zdaje się nie wierzyć w ten misterny plan. Potwierdza to wypowiedź sprzed dwunastu lat, choć nie mamy pewności czy Kazik – tak jak przysłowiowa krowa – nie zmienia poglądów:

Co z tego, bowiem, że wystawię sklep z moimi płytami, kiedy kupi je 100 osób? Ale nie jest to jedyna przeszkoda. Drugą jest powszechna postkomunistyczna mentalność Polaków, którzy uważają, że dobra niematerialne nie są czyjąś własnością. Można je skopiować, dać koledze do posłuchania, urządzić przy piracie imprezę. A to jest złodziejstwo. I mogę powiedzieć wprost – gdyby, ludzie tak bardzo nie kradli, to byłbym się w ogóle nie zastanawiał

I dalej cytując PC World:

Z moimi płytami wędrowałem od wytwórni do wytwórni. Lepszych, gorszych, nie zawsze uczciwych. Wiem w każdym razie, że nie chcę sam wydawać płyt; nie chcę tego robić osobiście.”

Odstawiając na bok kwestię nadążania prawa za cywilizacją, pozostaje dostosować się do obecnego rynku, do najlepszych możliwości będących najkorzystniejszymi dla obu stron. Całkowita rezygnacja z CD zdaje się być mocno idącym radykalizmem, ale jednocześnie nie wydaje się, że czasy królowania winyli jeszcze kiedyś nastąpią. Nie będzie więc całkowitego powrotu do wydawania płyt Kultu na tym nośniku. Dożyliśmy czasów, w których płyt jest pełno, ale jednocześnie są zbyt drogie by nabywać je wszystkie. Kiedyś, żeby wysłuchać odpowiednich utworów, należało polować na nie poprzez nasłuchiwanie radia. Następnie trzeba było zgrać je na kasety, by po kolejnym przegraniu dzielić się nowościami ze znajomymi. Patrząc przez pryzmat obecnych praktyk, tamten proceder to przecież również jawne złodziejstwo, o którym chyba wielu zdaje się zapominać. Idąc tym tropem należałoby wszystkich złodziei dać pod osąd Staszewskiego, który siarczystym uderzeniem w twarz wyznaczyłby odpowiedni wymiar kary.

Obrażanie swoich fanów, a nie prawdziwego problemu jakimi są korporacje pożerające większość zarobków ze sprzedaży, to jednak nie jedyne zajęcie Kazika, który lubi od czasu do czasu ponarzekać na stacje radiowe, które nie chcą przyjąć jego sześciominutowych singli. Powinien jednak wiedzieć, że nawet takie zespoły, nie sięgające oczywiście do jego pięt, jak AC/DC skracały swoje kawałki, bo doskonale wiedziały jak działają media i czego od nich oczekują. A tu właśnie jawi się kolejny problem. Stacje radiowe są w opozycji do globalnej sieci, która dostarcza muzykę. Możemy ją przecież znaleźć samodzielnie, często znacznie odbiegającą od singlowego mainstreamu czy gustów radiowców i zarządów.

Tak jak większość osób, z którymi poruszyłem ten temat, wolę wysłuchać płyty przed jej zakupem, bo mogę natrafić na prawdziwe muzyczne i tekstowe perełki, których zakupu za (marne) trzy dychy mogę żałować. Przy zakupie albumu bez wcześniejszego zapoznania się lub – za czym lobbują przeciwnicy masowego ściągania muzyki – po posłuchaniu singla (który w ich teorii ma być przecież wyznacznikiem całości) mogę zacząć zgrzytać zębami. Dokładnie tak sprawa wyglądałaby przy wersach gdyby mama miała fiuta, to by była ojcem z Plam na słońcu czy a pod sufitem stare wzory, a ty jesteś chyba chory,że ten jeden łyczek jakoś się uchował z Bar La Curva! ostatniego studyjnego albumu KNŻ. O tych wersach nie dowiedziałbym się prawdopodobnie nigdy, gdyby nie Internet.

Sztuka nigdy nie była za darmo. Za darmo powinien być chleb dla potrzebujących. Sztuka i kultura to rozrywki nie będące niezbędnymi do życia (…) Myślicie, że Michał Anioł trzy lata tyrał za friko, rzeźbiąc Dawida(…) Mozart pisał opery też za free?– puentuje w swoim wywodzie Kazik (Machina, listopad 2009).

Porównując się do niezaprzeczalnych mistrzów swojego fachu zapomina, że chyba daleko mu do tego grona, jak i większości polskich – jak i nie tylko – muzyków i festiwalowych nieudaczników. Muzyka, mówiąc doprawdy kolokwialnie (i łagodnie): leży, a jej pobudzenie ma dać ustawa o emitowaniu większej ilości krajowych zespołów w radio. Na wszelkie sopockie festiwale i im podobne bardziej wymagający widz ośmiela się patrzeć tylko w stanie upojenia lub pod przymusem. To mówi chyba nie o niszczeniu kultury i braku jej rozwijania, a ostrożności i rozwadze.

No dobra, mówiąc zupełnie poważnie – gdzie w takim wypadku okrada się twórców? Jeśli dane ciasto komuś nie smakuje, jest pewien, że nigdy więcej go nie kupi. To wolny wybór i potwierdzenie słów: mądry Polak po szkodzie. Skoro więc zdobywając (w ten czy inny sposób) płytę danego artysty uważamy, że jest ona godna kupna, zazwyczaj to robimy. Jeśli nie – bywa, że kiedyś znajdziemy się na  koncercie tego muzyka tym samym zasilając jego konto. Bez tego wszystkiego jednak możemy też wytworzyć odpowiednio duży rozgłos wśród naszych znajomych, którzy zachęceni recenzjami być może zrobią to, bez czego obeszliśmy się my twierdząc, że płyta nie jest warta swojej wydumanej ceny. A przecież jednorazowe spędzenie czasu ze słuchawkami empikowych testerów albumów nie jest tym samym co rozkoszowanie się (bądź wręcz przeciwnie) jej dźwiękami we własnych czterech ścianach. No chyba, że obsługa sklepu pokusi się o zapewnienie wygodnych foteli i drinków.

Chętnie postawiłbym na półce kilka albumów mniej znanych zespołów (nie mówiąc już o naszych krajowych zespołach jak Hellow Dog) ostatni album Sleep Party People czy też sophomore amerykańskiego bandu As Tall As Lions. Zrobiłbym to gdyby były dostępne na polskim rynku, nie wyłącznie za pośrednictwem zagranicznych portali i stron. A zrobiłbym to jeszcze chętniej, gdyby dystrybucja opierała się na możliwości zakupienia ich w granicach 15-20 złotych, co jest oczywiście perspektywą naiwniaka. Cały ten proces nie wszystkich zadowala i zmusza do tak piętnowanej kradzieży. Swoją drogą, już od samego zaglądania w biblioteki użytkowników serwisu last.fm można obciążyć wszystkich o nielegalne zdobycie większości wydawnictw.

Na koniec posłużmy się więc głosem rozsądku Hirka Wrony, który przyznaje się do posiadania kilkunastu tysięcy zakupionych płyt i opowiadania się przeciw piractwu:

Każdy produkt niesie za sobą koszty produkcji i dystrybucji. Dziś mamy na to wiele różnych sposobów. Artysta może nie produkować w ogóle fizycznych płyt, tylko udostępniać swoją muzykę w wersji cyfrowej, bez pośredników. Może wszystko zrobić samemu, a dystrybuowanie zlecić jakiejś firmie. Jak komuś nie pasuje wytwórnia, może robić coś po swojemu. Wolność Tomku w swoim domku. Ale większość muzyków jest leniwa. Myślą, że jeśli będą ciągle narzekać, to coś się zmieni. Ale są też tacy, którzy zakasali rękawy i wydają muzykę po swojemu korzystając z nowoczesnych form dystrybucji. (natemat.pl)

Należy więc zadać pytanie: czy naprawdę zdarzyło się komuś kupić wszystkie pięćdziesiąt płyt, których słuchał w ciągu danego roku? Czy wszystkie z nich były naprawdę wybitne? Czy twórcom muzyki powinno przede wszystkim chodzić o kontakt z fanami, ich wierność, przychylne opinie krytyków i ogólną przyjemność z tworzenia, czy może by zamówić sobie kolejnego homara, kupić nowe Ferrari i napisać kolejne rzewne felietony do gazet? Oczywiście jesteśmy po stronie artystów i chcemy, aby ci za swoją twórczość zarabiali uczciwie, odpowiednie stawki. Ale nie wszystko – tak jak zdaje się Kazikowi i jego świcie – jest czarne albo białe. Nie istnieje wyraźny podział na dobro i zło.

Już trzeci album KNŻ Las Maquinas de la Muerte opatrzony był napisem: Bez tej płyty z głodu nie umrzesz. Jeśli tak bardzo kochasz naszą muzykę, że musisz ją kupić od tego, który nam ją ukradł – to wybacz, ale nie chcemy byś jej słuchał. Kto kupuje płyty od złodzieja jest kutasem i niech spierdala – po dwakroć!

Rozumiem to wszystko. Nikt nie będzie cieszyć się z wiecznego pracowania pro bono, ale sposób logicznego myślenia Staszewskiego i dochodzenia swoich praw wydaje nam się raczej  bezceremonialnym dbaniem o własne, a nie walką o przesłanie jakie powinien nieść jako muzyk. Gdy dwadzieścia lat później wielu dowiaduje się, że prócz kutasami są również kurwami, trudno nie zacytować klasyka: wszyscy artyści to prostytutki.

A sam Kazik mimowolnie staje się sztandarową postacią bezsensownej walki z (wyimaginowanymi) antagonistami i ofiarą własnego lenistwa, które wyśmiewa – i słusznie – Strata Kazika.

Ja natomiast  przyznam się do kupowania płyt zarówno w sieci jak i w sklepach, do czego zachęcam wszystkich równie mocno, jak i do skopiowania płyty Hurra.

Gdy kończę pisać te słowa, strata Kazika wynosi już 88 927 744,62 PLN nie lokując nawet samego zainteresowanego na liście stu najbogatszych Polaków.

Nie ma więcej wpisów