To z pewnością nie jest płyta, którą polecicie swoim znajomym. Nie można jej także porównać z albumem debiutanckim, gdzie nucenie Passion czy OK zdarzało się w najmniej spodziewanych momentach. Wręcz przeciwnie, tutaj nic nie jest okej, nie ma być. Obdarcie The Invisible z tej pogodności brzmienia zlewa się ze smutkiem i brakiem usilnych prób zadowolenia słuchaczy łatwo zapadającymi w pamięć refrenami. Sam Dave Okumu określił Rispah jako love letter to grief, co chyba daje dużo do myślenia o jego zawartości.

Ciężka atmosfera mroku, co prawda, nie pojawia się na samym początku, a raczej narasta, z pozoru karmiąc swoją melodyjnością Wings czy Generational, które zradza się z kosmicznych syntezatorów oplecionych w kenijskie obrządki pogrzebowe (A Particle of Love). Im jednak bardziej wsłuchać się album, zaczynają umykać pajęczynowe linie gitar i syntezatorów inspirujących się Radiohead.

Coraz dosadniej daje o sobie znać zwiewny, ciepły głos Okumu, który łagodnie prowadzi swoim wokalem poszczególne etapy Rispah, nadając im fascynujący wydźwięk. Nie pozbywamy się ciężkich gitar i niższych tonów klawiszy (Lifeline), choć te kontrastują co chwila z bardziej przebojowymi – jak na te standardy – momentami. Bardziej piosenkowe staje się The Great Wound, w którym wyraźnie dominuje prosty podział na zwrotki i refren, czy Surrender ze świetnym, ambientowym bridgem. Natomiast siedmiominutowe Protection narasta, wyrażając – dzięki ciekawym nałożeniom szorstkiego brzmienia gitar – poczucie grozy, pobudzenie. Brakuje jednak krzyku Dave’a, jakiegoś wokalnego uniesienia, które wyzwoliłoby nadmierne pokłady siły drzemiącej w kompozycjach.

Przez to w pewnym sensie można się w płycie zatracić dwojako – z powodu jej spójności może być jednocześnie niesamowicie odprężająca, co przytłaczająca i senna. Otoczka rozstrojonych syntezatorów i mglistych pejzaży czasem się rozmywa, ucieka gdzieś i zdarza się, że staje się całkowicie niezauważalna. The Invisible wymagają więc od słuchacza uwagi i koncentracji, aby – mimo klaustrofobicznego klimatu utworów – łatwo się nie zgubić. Trudno jest więc określić jednolity stosunek do całego przedsięwzięcia, które jednocześnie fascynuje, jak i wydaje się gdzieś tracić swój naturalny puls. Trudno jest nie stracić rachuby w kwestii naszych odczuć co do poszczególnych utworów, bo najlepszym sposobem na zapoznanie się z Rispah jest odsłuchanie go w całości, od początku do końca. To rzecz możliwa, wystarczy chcieć.

Nie ma więcej wpisów