W branży muzycznej utarł się tzw. syndrom drugiej płyty. To właśnie za sprawą tego kryterium przewiduje się, czy dany zespół jest w stanie przetrwać kolejne miesiące w szrankach o miano najbardziej popularnego bandu. Trio z Londynu nie miało w tym przypadku łatwego zadania. Debiutancką płytą, zatytułowaną xx, postawiło sobie poprzeczkę bardzo wysoko i określiło swój styl bardzo wyraźnie. Za sprawą singli Crystalised, Basic Space, Islands czy VCR zespół zdominował listy przebojów i podbił serca fanów na całym świecie, a jak dobrze wszystkim wiadomo – współczesny słuchacz jest coraz bardziej wybredny. Z no name’u stali się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kapel na świecie, a co za tym idzie – prestiżową muzyczną marką. Na swój nowy album kazali czekać aż trzy lata, a to dosyć długi okres jak na ówczesne czasy, w których dla wytwórni liczy się ciągły szum wokół swoich bandów. Oni mogli sobie na to pozwolić i zagorzali fani czekali z wytęsknieniem na nowy krążek, z wytęsknieniem, ale cierpliwie. Jak brzmi i czy sprostali kryterium drugiej płyty? O tym możecie się już przekonać, ponieważ zespół udostępnił na swojej stronie oficjalny stream całego albumu.

Patrząc na tytuł płyty, możemy przypuszczać, czego spodziewać się po drugim krążku Romy, Olivera i Jamiego. Cały album, zarówno od strony muzycznej jak i tekstowej, nacechowany jest melancholią, smutkiem i jesienią. Tak, jesień to idealna pora na słuchanie Coexist w domowym zaciszu. To dzięki niej łatwiej będzie Wam się zresetować po ciężkim dniu, czy na kilka chwil dać się jej ponieść i odpłynąć w swój własny, muzyczny azyl. Ta płyta jest do tego procesu jeszcze bardziej użyteczna niż debiutancki krążek.

Zaczynając jednak od początku. Płytę otwiera ballada Angels opowiadająca o miłości na granicy obsesji, o egzystencji i o przetrwaniu. Napisana wspólnie przez Romy i Oliviera, jednak wyśpiewana jedynie przez piękny głos Romy, a wszystko to okraszone ciepłym brzmieniem gitary Oliviera. To pierwsza zauważalna zmiana na płycie. Zarówno Romy jak i Olivier mają swoje autorskie utwory, w których – w odróżnieniu od debiutu – wyśpiewują je sami. Fiction to kawałek należący do Oliviera, gdzie rozprawia nad tym co namacalne, nad tym co jest naszym wytworem wyobraźni popartej emocjami. Kolejna zauważalna zmiana to beaty serwowane przez Jamiego, które na tym krążku nie tworzą już tła – jak to było w przypadku xx – a wyraźnie przebijają się do przodu, tworząc ten krążek jeszcze bardziej elektronicznym wytworem spod szyldu Jamiego xx (majstersztyk w Reunion). Tego brakowało na debiutanckim albumie, a na Coexist udało im się to idealnie wyważyć. Ogromny plus za produkcję, która sprawiła, że jest to jeden z bardziej spójnych tworów tego roku. Jedenaście utworów, które sprawiły, że o The xx będzie się mówiło jeszcze przez wiele lat. Sprawiły, że zespół jasno określił kierunek, w którym podąża i styl jaki reprezentuje w swojej muzyce. Za to należą się wielkie brawa. Nie poddali się modzie na eksperymentowanie, a twardo postawili na styl, który sprawdził się trzy lata temu.

Jeżeli miałbym się zastanowić nad wyborem faworyta tej płyty, to miałbym poważny problem. Atutem Coexist jest właśnie jej spójność – zarówno pod względem brzmienia jak i w kwestii tekstów. Całość historii porusza tematy miłości, emocji międzyludzkich i intymności. Intymność to najbardziej trafne określenie warstwy tekstowej na tym krążku. To jedna z najbardziej intymnych płyt, jakie dane mi było usłyszeć. Tutaj wszystko jest takie kruche, piękne i nacechowane emocjami. Każde brzmienie idealnie do siebie pasuje, idealnie współgra z wyśpiewywanymi tekstami i powoduje wewnętrzny spokój. Za oknami wynurza się jesienna aura, więc czym prędzej wrzucajcie Coexist w odtwarzacze i odpływajcie w nieznane. Po przesłuchaniu całego krążka stwierdzam, że tak – The xx przeszli test drugiej płyty i zdali go na piątkę z plusem.

Nie ma więcej wpisów