Jesteśmy na domówce, pora już późna – jest około godziny drugiej. Niektórzy zaczęli okupować łazienki. Zamroczone dziewczyny – w poszukiwaniu pewnego, męskiego ramienia – zaczynają rozmawiać między sobą o crazy, stupid love w nadziei, że ktoś zacznie je podsłuchiwać i wciśnie się w przypadkowo wolne miejsce między nimi. Poważniejsi ciągną debatę nad przyszłością Ameryki i pieją zachwyty nad wystąpieniem Eastwooda. Jakiś chłopak wciska kit nowopoznanej przyjaciółce jego dziewczyny, mówiąc, iż wkrótce wydaje EPkę, na której znajdzie się ambientowy cover Je t’aime moi non plus wzbogacony o lo-fi recording spod jego łóżka (w duchu modląc się, żeby załapała aluzję). Mieszkanie w kamienicy, stare już, podniszczone, ale w ten naturalny, domatorski sposób. W rogu salonu stoi przykurzone pianino, a obok lampa z wielkim, płóciennym kloszem. Chłopcy palą papierosy, pozwalając zaciągnąć się tym koleżankom, które nie przyniosły swoich. Te narzekają, że za mocne. Gaszą pety w porzuconych drinkach. Z balkonu słychać pijacki bełkot. Na imprezie jest i Tom Odell. Nieśmiały blondyn. Włosy ma długie, wpadają mu do oczu i musi odgarniać je co chwilę. Nieco zagubiony, z wymalowaną mieszanką smutku i gorzkiego uśmiechu na twarzy. Siedzi w rogu na fotelu. Zielony, miękki, niski taki, że można się w niego prawie całym zapaść. Tom kończy swojego papierosa. Czuje, że zaschło mu w gardle. Podchodzi niepewnym krokiem do stolika, robi sobie porcję mint julep. Skrzyżował nogi, ramieniem oparł się o zgniło-zielony piec kaflowy. Wzrokiem objął cały pokój. Z głośników sączyło się Ma ma amam amam ama madness. Jakieś burdy przy playliście, bo ktoś chce stare, dobre Showbiz puścić. Kolejki do łazienki się wydłużają.

Odell powoli podchodzi do pianina. Nikt na niego nie patrzy. Siada, zamyka oczy. Długie palce lekko muskają dla poznania klawiaturę. Poczuł mały kurcz w okolicach kciuka. Padają pierwsze akordy Sense. I przecież byliście tam, widzieliście, że towarzystwo zamarło prawie tak jak w filmach. Ucichł balkon (z daleka słychać było jedynie odgłos zbliżającej się policyjnej syreny), nikt nie spuszczał wody w kiblu, dyskusje zamarły, telefony powypadały z rąk, kieliszki na wszelki wypadek postawiano na drewnianej podłodze. A Tom był już gdzie indziej. Trans. Podróż w czasie. The bold arrow of time. Jego emocjonalne zaangażowanie, na tle tego kontrolowanego zeszmacenia, było jak zejście wróżki Palmer w końcowych scenach Dzikości serca. Alkohol rozszerza receptory, podkręca percepcję, zamazuje obrazy, ale czyni je intensywniejszymi w swoim ładunku. Wrażliwsze dziewczęta zaczęły płakać ciemnymi łzami, chłopcy niemo zaciskali pięści, przeżywając historię śpiewaną przez Toma, jakby to była ich własna, krótka opowieść. A sam Odell musiał być świeżo po przejściach, bo można było zobaczyć, gdy zamykał oczy, że zaciskał je tak, że aż go szczypały. Tom ma taką duszę, której trudno jest porzucić głębokie uczucia, kiedy w końcu już je odnajdzie. Przeżywa, cierpi, męczy się i nie może ruszyć dalej. Miota się pomiędzy telefonami, które chce wykonać do tej, z którą się rozstał – bezsensownie chcąc wyznać jeszcze raz wszystko to, co czuje – a ideą tego najprostszego, przyziemnego sposobu zapomnienia. Tom za późno zdał sobie sprawę z tego, że zawsze bardziej liczyć się będą czyny od słów i zapewnień. A ten retoryczny zwrot, wieńczący zwrotki, jest niczym innym jak poszukiwaniem ucieczki od nękającej go nieprzerwanie rozpaczy. Tom pewnie nie raz już próbował. To nie takie proste dla niego. Słyszeliście o kryształowych dzieciach, prawda? Nie zrobił żadnej pauzy, tak jakby nie chciał opuszczać wyimaginowanej krainy, w której czuł się bezpiecznie. Another love tym razem swoje żniwo zebrało wśród płci pięknej. Ukryte w chusteczki spazmy płaczu, ślepe błądzenie dłoni w poszukiwaniu innej, która pomoże przetrwać to okrutne zderzenie z prawdą i bólem zaklętym w wielkim sercu niepozornego, osiemnastoletniego chłopaka, który mógłby być młodszym bratem Jamesa Blake’a. Gdy skończył grać, nerwowo odwrócił się za siebie. I to co zobaczył, było najlepszą laurką i lekarstwem na jego troski i bóle. Próbował szukać w głowie jakiegoś dobrego zdania, które dookreśli to, co właśnie zobaczył i przeżył. Ale skończyło się tylko na prostym: jeśli muzyka nie budzi emocji, cóż nam po niej? Prawda?

Nie ma więcej wpisów