Chociaż dyskografia Ariela Pinka do ubogich nie należy, na szersze muzyczne wody wypłynął dopiero w 2010 roku za sprawą swojego poprzedniego albumu Before Today. Nie bez znaczenia był transfer do 4AD, ulubionego labela sporej części słuchaczy niezalu, ale sama zmiana barw klubowych niewiele by dała, gdyby nie niezmiennie wysoki poziom artystyczny krążka sprzed dwóch lat.

Co prawda, nagranie albumu o zwiększonym stopniu przyswajalności nie dla wszystkich było zmianą na korzyść, jednak wśród recenzji płyty trudno było doszukać się opinii negatywnych. Nawet Pitchfork, podchodzący niechętnie do wcześniejszej twórczości Pinka, postanowił wreszcie docenić Haunted Graffiti, co jeszcze bardziej podkręciło zainteresowanie zespołem. Kiedy pojawiły się pierwsze informacje o nadchodzącym wydaniu Mature Themes, oczywistością stało się pytanie, czy status gwiazdy niezalu wpłynie (lub nie) na twórczość Ariela i jego Graffiti.

Na szczęście, kluczowe składniki mieszanki muzycznej zawartej na Before Today pojawiają się również na nowym krążku. Melodie nadal urzekają, posmak lo-fi wciąż jest odczuwalny, surrealistyczne poczucie humoru wciąż jest obecne. Od pierwszych sekund słychać, że to album Ariel Pink’s Haunted Graffiti. Nie tracąc nic ze swojego charakteru, zespół nadal wykonuje 300% normy na poletku swoiście rozumianej przebojowości.

Na początek dostajemy utwory krótkie, zabawne, z miejsca wprawiające w dobry nastrój. Kinski Assassin atakuje słuchacza kiczowatą melodyjką klawiszy, która nie będzie chciała go opuścić przez najbliższe dwa tygodnie. Do tego sposób śpiewania w refrenie – kto posłucha, ten zrozumie. Kryjący się pod numerem drugim Is This the Best Spot zaraża natomiast gitarowym motywem oraz otwierającym utwór zestawieniem G-Spot/H-Bomb wypowiadanym przez Pinka.

I wtedy, pod indeksem trzecim, znajdujemy najlepszą piosenkę na płycie. Tytułowy Mature Themes rezygnuje z szaleństwa dwóch poprzednich utworów, zamiast tego dostarczając krótką, skondensowaną dawkę nostalgii w najlepszym muzycznym wydaniu. Po raz kolejny potwierdza się zasada mówiąca, że w prostocie siła, zwłaszcza, gdy chce się na najbliższych kilka minut odejść od brzmieniowego i tekstowego surrealizmu.

Zanim zdążymy w pełni zachwycić się nagraniem tytułowym, w słuchawkach pojawia się Only in My Dreams, niewiele ustępujący wcześniejszemu utworowi. Kolejna niewychodząca z głowy melodia znajduje się na pozycji czwartej – można odnieść wrażenie, że Mature Themes będzie zbiorem utworów, z których każdy nadaje się na singiel.

Jednak, żeby tradycji stało się zadość, powrócić muszą pierwiastki szaleństwa. Pojawia się więc nimfa na dyskotece, którą jest oczywiście sam Ariel, rockandrollowiec z Beverley Hils. A wszystko na tle syntezatorów z delikatnym beatem perkusyjnym. Ale chyba nikt nie wyobrażał sobie, że symfonia nimfy mogłaby brzmieć inaczej?

Zanim zostaniemy zapoznani z nimfą, Haunted Graffiti zapraszają na sznycel. Robi się on jednak coraz bardziej surowy, kolejne pokłady brzmienia lo-fi pojawiają się z każdym kęsem. Można też wstać od stołu i zatańczyć boogie, zespół na pewno się nie obrazi, w końcu co to za przyjemność grać do sznycla?

Na koniec dostajemy snujące się, lekko ambientowe Nostradamus & Me, a zaraz po nim zamykające album Baby, balladę w stylu starego dobrego Prince’a. W jakich kategoriach rozpatrywać ten utwór? Hołdu? Parodii? Czy mocno przesadzone jęki Ariela w finale nie są jedną wielką kpiną z klasyka popu? A ponieważ kpina wcale nie musi wykluczać szacunku dla obiektu kpin, album zostawia nas samym sobie z tym pytaniem.

Na Mature Themes Ariel Pink’s Haunted Graffiti znaleźli idealną równowagę pomiędzy melodią, brzmieniem lo-fi, nostalgią i wygłupami. To z pewnością albumowa czołówka tego roku, ale trochę banalnie brzmi to stwierdzenie, zważywszy, że mamy do czynienia z płytą, która oprowadza nas po surrealistycznym świecie wymyślonym przez jednego człowieka.

Nie ma więcej wpisów