Festiwalowych wrażeń nigdy dość. Stąd też w przerwie między polskimi wydarzeniami, które już powoli dobiegają końca, udaliśmy się w odwiedziny do naszych sąsiadów, gdzie przez dwa dni gościliśmy na Berlin Festival. Odbywająca się w sercu jednej z europejskich stolic kultury, na terenie lotniska Tempelhof, impreza zgromadziła w tym roku ponad 20 tysięcy miłośników różnych brzmień, poszukujących nowości, inspiracji i dobrej zabawy. Festiwalowicze zetknęli się tam nie tylko z ogromną dawką dobrego grania, ale również z masą innych atrakcji, które przygotowali dla nich organizatorzy – od tych zaspokajających najbardziej podstawowe potrzeby, jak stanowiska gastronomiczne z kuchnią z całego świata, poprzez platformy do zabawy, Silent Disco, po tworzoną na naszych oczach, współczesną sztukę miejską. Na pierwszym miejscu jednak oczywiście była muzyka!

Koncerty na głównej scenie, która zaaranżowana została na kadłub samolotu, w piątkowe popołudnie otworzył występ islandzkiej grupy Of Monsters and Men, tegorocznego objawienia na scenie folk popowej. Mimo wczesnej pory, muzycy zgromadzili dość liczną widownię, która świetnie bawiła się przy kawałkach z debiutanckiego albumu My Head Is an Animal. Wykonane na żywo brzmiały dużo energiczniej, żywiej niż na płycie, co z pewnością przysporzy zespołowi więcej fanów. Jak można się było spodziewać, najwięcej entuzjazmu wywołał utwór Little Talks, jednak cały koncert wprawił nas w festiwalowy nastrój.

Jedną z grup, których niestety nie mieliśmy i na razie nie będziemy mieli okazji gościć u nas, jest londyńskie trio Daughter. Ich emanujące spokojem, ale też niezwykle emocjonalne melodie wypełniły jeden z hangarów, gdzie ustawiono scenę Encore. Zespół został przyjęty bardzo ciepło, a sam koncert był bardzo udany i melodyjny. Jednak muzyka Daughter należy do tych brzmień, które duża przestrzeń nieco przyćmiewa i pozbawia je istotnego elementu – nastrojowości. Takie kompozycje jak Landfill, Youth czy Home zdecydowanie lepiej zabrzmiałyby w kameralnych warunkach. Podczas berlińskiego występu najbardziej urzekająca była Elena, która wydawała się być bardzo nieśmiała. I chociaż często się uśmiechała, wciąż szybko spuszczała wzrok zaraz po tym, jak wypowiedziała jakiekolwiek słowa do mikrofonu. Igor natomiast chętnie zagadywał publiczność i sprawiał wrażenie pewnego siebie. Ten kontrast pomiędzy nimi widoczny był również wtedy, kiedy grali.

Zaraz po występie Daughter ponownie udaliśmy się pod Main Stage, gdzie sporą publikę zabawiał szwedzki zespół Little Dragon. Ta formacja na każdym swoim koncercie generuje wśród ludzi niemałą dawkę energii i nie inaczej było podczas niemieckiego festiwalu. Yukimi Nagano to bardzo żywiołowa postać, która czerpie przyjemność z występów, co zdecydowanie udziela się innym. Na scenie jest niezmordowana – śpiewa, gra na instrumentach, tańczy, skacze. Festiwalowicze bawili się w najlepsze, wszak Szwedzi zagrali świetny, taneczny koncert, serwując między innymi takie utwory jak Shuffle a Dream, Ritual Union czy Little Man.

W tym samym czasie na Encore Stage popisy z gitarą uskuteczniała Kate Nash. Brytyjska piosenkarka w Berlinie pokazała swoje nowe, zbuntowane oblicze. Porzucając swój dotychczasowy wizerunek indie-popowej artystki z gitarą akustyczną, chwyciła za elektryczną i poszła w bardziej punkowe klimaty. To zupełnie nowe brzmienie przetestowała na zgromadzonej pod sceną publiczności, której chaotyczne, szarpane dźwięki i wydzieranie się wokalistki tylko częściowo przypadło do gustu. Frekwencja nie była zadowalająca, a dość spora część słuchaczy nie wytrwała do końca tego występu.

Po Kate, na tej samej scenie, pojawiła się kolejna artystka – Grimes. Na listopadowy koncert Kanadyjki w Polsce czeka zapewne niejedna osoba. Czy warto? W Berlinie jej występ nie powalił na kolana, pomimo swojej wizualnej otoczki, która – swoją drogą – również nie prezentowała się do końca wyjątkowo. Największą barierą w odbiorze koncertu było jego fatalne nagłośnienie. Dźwięki często trudno było od siebie odróżnić, wszystko dudniło głucho albo drażliwie charczało. Wokal był zupełnie niezrozumiały, momentami ledwie słyszalny. Efektem takiego stanu rzeczy było wrażenie kompletnej monotonii w repertuarze artystki. Kwestia performance’u również budziła mieszane uczucia. Gra kolorowych świateł i nieco mroczny klimat na scenie Encore zaplusowały, to trzeba przyznać. Natomiast postaci tańczące ni to w transie, ni to w szaleństwie, zupełnie niespójnie, bezsensownie wręcz, dzierżące w dłoniach kolorowe miecze świetlne – wypadały kiczowato i irytująco. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że warszawski, klubowy koncert wzbudzi więcej pozytywnych emocji.

Line up Berlin Festival 2012 był bardzo bogaty. Podczas pierwszego dnia nie można było nie zwrócić uwagi na występy takich artystów jak The Killers, Orbital, Miike Snow, Major Lazer, Nicolas Jaar, Ghostpoet, Metronomy, Hercules and Love Affair czy Clock Opera. To akurat te bardziej znane postaci muzycznej sceny, natomiast artystów było oczywiście znacznie więcej. Większość gwiazd dużego formatu, grających w Berlinie, wystąpiła tego lata również na polskich eventach, zatem w sytuacjach, kiedy gigi pokrywały się godzinowo, łatwiej było zrezygnować z części jednego występu na rzecz innego.

Opuścić nie mogliśmy natomiast najbardziej wyczekiwanego przez nas koncertu w całym line upie. Choć nie był ostatnim tego dnia, to zdecydowanie żaden kolejny nie był w stanie go przebić. Dlaczego? Ponieważ ten koncert najbardziej oddał sens muzyki, która pozwala czuć wtedy, kiedy wydaje nam się, że nie potrafimy. Potrafi uderzyć w najczulszy punkt, z istnienia którego nie zdawaliśmy sobie sprawy. Wreszcie wyzwala tak silne emocje, które trudno jest opisać słowami, a jedyne co się nasuwa to stwierdzenie, że to po prostu trzeba przeżyć. Piątkowy koncert islandzkiej grupy Sigur Rós bez mrugnięcia okiem, bez najmniejszego zawahania można do takich chwil zaliczyć – chwil, dla których się żyje.

Już od pierwszych dźwięków wydobywających się z ustawionego na scenie bogatego instrumentarium można było poczuć przeszywające całe ciało dreszcze. Nastroju dodawał deszcz, który lunął w momencie pierwszego mocniejszego wejścia zespołu. To właśnie ten moment otworzył nas na dalsze przeżywanie. Jónsi i jego koledzy doskonale znają się bowiem na uwalnianiu z człowieka tego, co skrywa w sobie najgłębiej. Nastrojowe utwory, wykonane na żywo, odpowiednio zaaranżowane – uderzyły z mocą, która odkryła wszystko. Każda nuta, dźwięk odczuwane były najmniejszą komórką ciała, wypełniały całą fizyczną, mentalną i emocjonalną przestrzeń. Budowane zmieniającym się tempem i głośnością napięcie wprawiało je natomiast w stan wyczekiwania na moment kulminacyjny, który choć spodziewany, zaskakiwał, otwierając przy tym zakamarki duszy. Na takie doświadczenia bardzo często czeka się całe życie. Dla takich chwil się żyje i dla takich właśnie emocji istnieje muzyka.

Nie ma więcej wpisów