We Wrocławiu ruszył kolejny cykl CitySounds, Katowice obchodziły swoje urodziny w akompaniamencie dobrej muzyki, Warszawa gościła – jak zwykle – gwiazdy różnych gatunków, a w Sopocie odbył się ARTLOOP Festival. Miniony weekend obfitował w wiele muzycznych wydarzeń i jeszcze więcej związanych z nimi wrażeń. Koncerty, festiwale, różnorodne występy – to lubimy oczywiście najbardziej, zatem przygotowaliśmy dla Was relację, w której przeczytacie o kilku najważniejszych eventach w Polsce, które miały miejsce w dniach 6-8 września. Jeśli uczestniczyliście w którychś z opisanych wydarzeń, podzielcie się z nami swoimi wrażeniami. Jeśli nie mieliście jednak takich okazji, przeczytajcie, co działo się na koncertach: Redinho, en2aka, Flogging Molly, Kimbry, très.b, Kari Amirian, Ebony Bones, Mary Komasa, Pictorial Candi i Nouvelle Vague.

 

6.09.2012, Wrocław
Redinho otworzył nowy sezon cyklu CitySounds

Przyszedł czas na kolejną odsłonę wrocławskiego cyklu CitySounds. Otwarcie jesiennego sezonu odbyło się w klubie Puzzle przy akompaniamencie muzyki en2aka oraz – przede wszystkim – gwiazdy wieczoru, czyli Redinho. Podczas imprezy Maciej Szabatowski ogłosił, kto m.in. zagra w najbliższych miesiącach we Wrocławiu, a będą to: Gato Preto, Team Me, Julia Marcell, KAMP!, Sub Focus, Terranova, Kari Amirian.

Czwartkowy wieczór rozpoczął en2ak, który z gramofonów i komputera wydobywał lekkie i przyjemne bity okraszone plumkającymi, dźwięcznymi melodiami. Na tamten moment publika nie była jeszcze zbyt liczna, natomiast ci, którzy przebywali już w klubie, chętnie bujali głowami w rytm tego, co serwował wrocławski DJ i producent.

Podczas jego występu, w Puzzlach można było zaobserwować sympatyczną sytuację. Mianowicie Maciek dostał tort urodzinowy z logo CitySounds, który podzielił na wiele porcji, a następnie zaczął nim częstować gości. Wyjaśnił później, że ten tort pojawił się z okazji zbliżających się urodzin – jego własnych oraz cyklu, którego jest pomysłodawcą. Okazję ku temu, aby porozmawiać z zebraną publicznością, miał zanim na scenie pojawił się Redinho. Gospodarz imprezy przedstawił wówczas również jesienny line-up CitySounds.

Natomiast kiedy gość z Londynu ulokował się już na podświetlanej na kolorowo scenie, Puzzle ogarnęło absolutnie taneczne brzmienie. Redinho i jego charakterystyczny talk box zagwarantował długie chwile dobrej zabawy. Na początku nieliczna i nieśmiała publika już po chwili zagęściła się na parkiecie i nie tylko bujała głowami, czy tupała nogami, ale tańczyła w najlepsze, świetnie bawiąc się pod sceną.

Koncert wypadł rewelacyjnie, Redinho sam dobrze się bawił, rozkręcając naprawdę fajną imprezę. Całości sprzyjało nagłośnienie, które w Puzzlach – jak do tej pory – nigdy jeszcze nie zawiodło. Lekkie, ale i porywające, momentami daft punkowe dźwięki wypełniały klub przez ponad godzinę czasu, a artysta – po tym jak już pożegnał się z wrocławianami – wrócił na bis kilka razy. To było naprawdę dobre otwarcie nowego sezonu cyklu CitySounds. Nie możemy się już doczekać kolejnych występów.
(Katarzyna Janik)

 

6.09.2012, Warszawa
Muzyczna chłosta Flogging Molly

Przyjechali z Los Angeles, choć grają niczym rdzenni Irlandczycy. Mimo tego, że dla niektórych celtycki punk rock – czyli gatunek jaki prezentują Flogging Molly – wydaje się być wyjątkowo egzotyczną mieszanką, w Polsce nie muszą martwić się o dobre przyjęcie. Wręcz przeciwnie – zespół ma tu wielu wiernych fanów, którzy znają ich teksty na pamięć. Teksty traktujące o Irlandii, jej historii, czy też o bardziej uniwersalnych tematach jak bieda, miłość, śmierć. Szóstego września w Proximie – po raz trzeci w Polsce, a drugi w Warszawie – mieliśmy okazję gościć Flogging Molly, promujących swoje najnowsze wydawnictwo Speed of Darkness. A jak przyznał, skory do żartów, lider zespołu, Dave King, na tę okoliczność założył nową koszulę. Nie obyło się też bez innych niespodzianek.

Flogging Molly to amerykański septet, choć można śmiało stwierdzić, że ich serce bije w Irlandii. Warto wspomnieć, że zespół ma na koncie pięć albumów, z których przedostatni (Float) zadebiutował na czwartym miejscu amerykańskiej listy Billboardu. Na koncercie nie zabrakło starszych utworów, jak i tych z najnowszej płyty (Speed of Darkness). Koncert gwiazdy wieczoru poprzedził występ polskiego zespołu The Mugshots, którzy niewątpliwie udanie rozgrzali publiczność i przypadli do gustu fanom Flogging Molly. Obydwa zespoły, oprócz niespożytkowanych pokładów energii wkładanych w koncert, łączy także identyczna liczba muzyków.

Flogging Molly zaczęli mocno. Już od pierwszych dźwięków ku scenie wyruszyli crowdsurferzy, a ci mniej odważni tańczyli i skakali w rytm irlandzkiej nuty. Lider formacji, Dave King, w przerwach pomiędzy utworami chętnie obsypywał publiczność żartami, a to o rzekomym afro basisty Nathena Maxwella, czy o wspomnianej wcześniej koszuli. Sam Maxwell pod koniec koncertu wskoczył na ręce publiczności.

Muzycznie zespół umiejętnie przeplatał utwory nowsze i starsze, grał te bardziej energetyczne, by później nieco stonować. Nie mogło zabraknąć szlagieru Drunken Lullabies, który wprawił zgromadzoną w Proximie publiczność w ekstazę. Muzycy zrobili także rzecz podobno niecodzienną, mianowicie zagrali cover Boba Dylana – The Times They Are a-Changin’.

Choć koncert trwał około półtorej godziny, to już pierwsze minuty wystarczyły, aby podbić serca publiczności. Zespół chętnie wchodził w interakcje z fanami, czy to schodząc ze sceny i ściskając dłonie, czy to dzieląc się piwem, czy też – w bardziej ekstremalnym, wspomnianym przypadku basisty zespołu – skacząc w tłum. Niemniej jednak, choćby nawet muzycy Flogging Molly byli niemiłymi gośćmi, to i tak ich muzyka obroniłaby się sama.
(Aleksandra Polowska)

 

7.09.2012, Warszawa
Kimbra – diabeł na scenie

Czy gdyby nie jej duet z Gotye w znanym na cały świat utworze Somebody That I Used to Know dane nam byłoby usłyszeć o tej dziewczynie w Polsce? Myślałem tak do zeszłego piątku, kiedy to usłyszałem Kimbre Johnson po raz pierwszy na scenie i to nie byle jakiej scenie, bo w muzycznym studio Trójki im. Agnieszki Osieckiej. Kilka dni wcześniej zapoznałem się z debiutancką płytą Australijki – Vows – i szczerze powiem, że ani trochę mnie ona nie urzekła. Popowy album z melodyjnymi utworami, odśpiewany przez artystkę bardzo zachowawczo. Poszedłem, więc na trójkowy koncert z ogromnym dystansem do twórczości tej 22-latki. Wszelkie moje wątpliwości zostały jednak rozwiane już w pierwszych minutach koncertu, w których Kimbra pokazała swoje prawdziwe oblicze – sceniczne oblicze. Dopiero podczas koncertu widać, jak ogromny talent drzemie w tej dziewczynie, jaka dzikość z niej emanuje, dzikość połączona z pełnym profesjonalizmem. Ten jedynie 25-minutowy koncert sprawił, że po raz kolejny przekonałem się o tym, iż płyta nie zawsze potrafi w pełni oddać charakter artysty. Całe szczęście dane było mi zobaczyć ją na żywo i całkowicie zmienić na jej temat zdanie. Gdybyście mieli okazję udać się na koncert Kimbry, to mimo tego, że na samą myśl o Somebody That I Used to Know zbiera Wam się na wymioty, koniecznie sprawdźcie, jak Australijka niesamowicie wypada na scenie.
(Rafał Gruszkiewicz)

 

7.09.2012, Katowice
Kameralny koncert très.b

Piątkową imprezę w podcieniach Centrum Kultury Katowice rozpoczął zespół très.b, który pojawił się na scenie przed zróżnicowaną – głównie wiekowo – publiką.

Podczas tego występu pojawiły się głównie utwory z najnowszej płyty – 40 Winks of Courage – oraz materiał z debiutanckiego krążka – The Other Hand. Widowisko rozpoczął – standardowo – kawałek The Goose Hangs High, z którego zespół słynie na koncertach. Już przy pierwszym utworze artyści zetknęli się z dosyć oporną publiką, która kurczowo trzymała się swoich miejsc siedzących. I nie było to wynikiem tego, że na sali zasiedli głównie starsi wiekowo ludzie (którzy zdecydowanie wyróżniali się na koncercie), bo ci akurat bawili się lepiej niż młodzież.

Kolejno zaprezentowanymi utworami z najnowszej produkcji zespołu były: Like Is, Head or Tail, Let it Shine, Something to Forget (zdecydowany faworyt), które spowodowały, iż oporne dotychczas głowy zaczęły się bujać, co u niektórych tupnęła noga, jednak na tym publiczność, niestety, poprzestała.

Grupie très.b, z Misią Furtak na czele, scenicznego uroku zdecydowanie odmówić nie można. Podczas całego występu trio było bardzo żywe i energiczne. Swoją energią natomiast zdecydowanie zaraziło tę starszą publikę, na ktorą patrzyło się z ogromną radością. Nie sposób zapomnieć zaskakującego pana w podeszłym wieku, który bujał się w rytm głosu Oliviera, wyśpiewującego utwór Let it Shine. W pozostałej części występu nie zabrakło starszych kawałków, takich jak: The Visionary, Raisin, Devourer czy The Other Hand.
(Anna Kochanecka)

 

8.09.2012, Katowice
Kari Amirian ożywiła Stary Dworzec w Katowicach

Stary Dworzec w Katowicach, który na co dzień jest zamkniętym budynkiem, został otwarty z okazji urodzin Katowic. Jedną z gwiazd mających okazję wystąpić w tym bardzo klimatycznym miejscu była niezwykła Kari Amirian. Miejsce dla tego koncertu zostało dobrane idealnie, gdyż stary, opustoszały budynek, który został wypełniony delikatnymi, magicznymi dźwiękami muzyków, zaczął tętnić tego wieczoru życiem.

Koncert rozpoczął się od nowości. Jako pierwszy zabrzmiał delikatny utwór Eyes Like Fire, który wprowadził wśród publiczność pełne skupienie. Wszystkie głowy skierowane były na centrum tego wieczoru, czyli na zmysłową wokalistę. Kari podtrzymywała napięcie aż do pierwszego momentu, w którym podziękowała publiczności i wysłała jej szczery uśmiech. Kolejno muzycy zaserwowali kawałki: Anew, Dry Land (następna nowość, poza wykonanymi kompozycjami znanymi z debiutanckiej płyty), Fightback oraz Paint the Sky – zadedykowany młodszemu bratu wokalistki. Kilka tych utworów zostało zagranych w niezwykle ciepłej atmosferze, która była niesamowicie odczuwalna dzięki spójności całego zespołu, komunikującego się na scenie ciepłymi gestami. Nie sposób pominąć w tym momencie gitarzysty, Roberta Amirian, gdyż niemalże przez cały koncert w skupieniu a zarazem radości wysyłał uśmiech ze sceny, który sprawiał, iż moje usta robiły dokładnie to samo. Punktem zwrotnym był kolejny utwór – Stronghold, podczas którego wybrzmiały wyraźnie wiolonczela oraz kontrabas. Na moment centralny punkt koncertu uległ zatem zmianie – na scenie królowały smyczki. Zdominowały one w tamtej chwili cały występ i sprawiły, iż te kilka minut koncertu stały się najbardziej wpadającymi w pamięć minutami widowiska. Tamtego wieczoru nie zostały pominięte takie utwory jak A Poem oraz Jump into My Heart and Stay, którym publiczność z pewnością została zaskoczona. Kawałek ten bowiem został zaprezentowany w nowej aranżacji, co spowodowało, iż zebrani pod sceną słuchacze przyjęli go z bujającymi się głowami. Na zakończenie koncertu został zagrany nowy utwór – Hurry Up.

Po tak zmysłowym i szczerym występie – w który artyści włożyli całe swoje serca, pasję i umiejętności odczuwalne w każdej sekundzie widowiska – nie mogło zabraknąć bisu. Muzycy pojawili się na scenie, ponownie prezentując utwór Eyes Like Fire i tym sposobem pożegnali się z katowicką publicznością.
(Anna Kochanecka)

 

8.09.2012, Katowice
Muzyczna podróż z Ebony Bones

To właśnie za sprawą swojego przerysowanego image’u, charakterystycznego afro, a co najważniejsze tanecznych dźwięków wdarła się na listy przebojów i rozpoczęła swoją muzyczną ekspansję. Dotarła także do Polski, gdzie w 2009 roku zagrała podczas festiwalu Tauron Nowa Muzyka. Tak bardzo spodobała się rodzimej publiczności, że od tamtej pory była zapraszana kilkakrotnie nad Wisłę. Tak też zdarzyło się w minioną sobotę, kiedy to na after party w Starym Dworcu, w Katowicach pojawiła się na scenie, aby zaprezentować swój DJ set. Ponad dwie godziny dobrego, tanecznego grania, podczas którego zabrała nas w podróż po takich rytmach jak jungle, futurepop, electrofunk, afrobeat, a także disco. Dodajmy, że w żadnym z oficjalnych rozkładów jazdy Urodzin Katowic Ebony nie figurowała jako gwiazda after party, więc tym bardziej cieszy nas taka niespodzianka. Brytyjka pokazała, że jest świetna nie tylko jako wokalistka, ale także jako DJka.
(Rafał Gruszkiewicz)

 

8.09.2012, Sopot
ARTLOOP Festival – coś ponad koncert

ARTLOOP Festival to wydarzenie skupiające wokół siebie świat muzyki alternatywnej, mody, designu, ale przede wszystkim szeroko pojętych sztuk wizualnych. Przez cztery dni mogliśmy podziwiać odmieniony Sopot, uczestniczyć w wystawach zewnętrznych, akcjach miejskich, kinie, a także w projekcjach wielkoformatowych. Najbardziej jednak interesował nas sobotni koncert finałowy.

Na scenie Opery Leśnej w sekcji festiwalowej SoundSpace sprawdziła się podstawowa koncepcja organizatorów, oparta o muzykę alternatywną nie zamkniętą w żadnym konkretnym gatunku muzycznym. Połączenie pomiędzy muzyką a sztukami performatywnymi, teatrem czy sztukami wizualnymi udało się już mniej.

Jako pierwsza na scenie pojawiła się Mary Komasa. Ta tworząca w Berlinie wokalista nie należy do postaci, które rozkręcają widownię. Nie tego jednak się spodziewałem po jej koncercie. Zaczęła spokojnie i delikatnie, i w takiej stylistyce utrzymany był już cały jej występ. Miejscami mogliśmy usłyszeć bardziej energetyczne utwory, w których Mary zaskakiwała barwą i siłą głosu, lecz całość raczej nie porwała publiczności. Tutaj również nie sprawdziła się idea performance’u.

Po niej na scenie mogliśmy zobaczyć Pictorial Candi. O tym koncercie można powiedzieć, że to spory muzyczny eksperyment. Wokalistka ParisTetris znana jest z zaskakiwania rozwiązaniami zarówno wokalnymi jak i muzycznymi. W tym projekcie Candelaria Saenz Valiente poszła jeszcze dalej. Koncert był  pełen dysonansów muzycznych i miejscami nieprzewidywalnych, i niezrozumiałych rozwiązań instrumentalnych. Fani wokalistki na pewno nie byli zawiedzeni, natomiast ci, którzy nie spotkali się z jej twórczością wcześniej, mogli być lekko zszokowani. Ten występ już dużo bardziej wkomponował się w ideę różnych połączeń artystycznych.

Po tych dwóch koncertach przyszedł czas na finał i tu pojawiły się prawdziwe fajerwerki. Nouvelle Vague nie zawiedli fanów, rozgrzewając Operę Leśną do czerwoności. Występ oparty o concept-musical sprawdził się idealnie. Wokalistki dały prawdziwy pokaz charyzmy i specyficznej, pięknej erotyczności scenicznej. Zarówno utwory jak i sam taniec zawierały niesamowitą dawkę energii. Warto było czekać cały wieczór na ten występ. Przy Nouvelle Vague założenie połączenia sztuk performatywnych, teatru i muzyki współgrało idealnie.
(Michał Supiński)

Nie ma więcej wpisów