The Spouds grają ostro, grają głośno i niepokornie. Jest ich pięciu, pochodzą z Warszawy, a razem koncertują już od 2008 roku. W 2009 roku wydali minialbum – Serenity Is Only a Brainwave, za sprawą którego zyskali grono wiernych fanów uczęszczających na ich koncerty. Polubili ich w radiowej Trójce, a nawet zaprosili ich do zagrania w studio im. Agnieszki Osieckiej. W tym roku – z ugruntowaną pozycją wśród młodych, utalentowanych zespołów na gitarowej mapie Polski – pod patronatem fyh!records The Spouds wydali swój pełnowymiarowy, debiutancki album – Paxil.

Na singiel promujący album wybrano Canada, kawałek zaczynający się potężną ścianą gitar, odznaczający się pięknie zazębiającymi się riffami w solówkach. W temacie opanowania gitar chłopakom nie można odmówić umiejętności – grają mocno, intensywnie, tworzą zapętlone, niebanalne riffy czasem brzmiące niepokojąco jak w otwierającym album, przekornie zatytułowanym Burnt-out Track, innym razem uderzają w lżejsze tony jak w Human Diseases.

Na Paxil ciężki noise rock przeplata się z energicznymi, punkowymi brzmieniami, których dostarcza nr 5 na albumie, czyli Externals. Paradoksalnie, zalatująca nostalgią końcówka tego dynamicznego kawałka jest najspokojniejszym momentem na płycie, zupełnie jakby zespół chciał odpocząć i zebrać siły do mocnego uderzenia w kolejnym kawałku.

Chłopcy nie zwalniają tempa ani na moment, słuchaczom nie dają chwili wytchnienia, mocny bas i hałas przesterowanych gitar dominują w Consumed, ale niestety nie wszystkie ich pomysły są trafione. Specyficzny chórek a cappella w Puppies raczej nie znalazł się tam na poważnie, ale nawet jako element humorystyczny i z zamierzenia zaśpiewany nieczysto, brzmi jak śpiewy gości weselnych po kilku głębszych.

Wokal w ogóle jest tu największym problemem, a konkretnie użycie języka angielskiego, ponieważ nie jestem w stanie zrozumieć choć jednego zdania wyśpiewanego przez chłopaków. Gdyby nie pojedyncze słowa, które można wyłapać, miałabym problem z określeniem języka, którym się posługują i w końcu dlaczego właściwie musi być to angielski? Nie żebym trzymała się zasady: jesteś w Polsce, to śpiewaj po polsku, ale niektórzy po prostu nie powinni używać języka obcego, jeśli nie mają predyspozycji w tym kierunku.

Surowa energia emanująca z Paxil jest ogromnym atutem zespołu – są młodzi, kochają się w post-punkowych, noise-rockowych brzmieniach i przenoszą tę fascynację do swoich kawałków. Świetnie odrobili zadanie domowe polegające na zapoznaniu się z muzyką gitarową ostatnich dwudziestu lub trzydziestu lat i biorąc po trochu od każdego, starają się wypracować własny styl.

Paxil nie jest dziełem wybitnym ani szczególnie oryginalnym, nie przynosi świeżych trendów, raczej bazuje na sprawdzonych rozwiązaniach, ale robi to w niezłym stylu, co wróży dobrze na przyszłość, o ile wokaliści zlitują się nad naszymi uszami i przeproszą się z językiem ojczystym.

Nie ma więcej wpisów