Sześć lat bez nowej płyty to wystarczająco dużo czasu, żeby zapomnieć o istnieniu większości zespołów, a tyle minęło od poprzedniego albumu Cat Power. Choć po drodze nagrała jeszcze zbiór coverów, to wciąż jednak była to długa, bo czteroletnia przerwa. To także niemal cała epoka w rozwoju muzyki i jej gatunków (w 2006 roku nazwy takie jak chillwave i witch house jeszcze nie istniały). Nic więc dziwnego, że nawet Cat Power musiała w końcu sięgnąć po brzmienia elektroniczne.

Od razu należy zaznaczyć jednak, że o żadnej muzycznej rewolucji na Sun nie ma mowy. Najlepszym przykładem jest otwierające całość Cherokee, w którym gitara i fortepian mają za tło prosty beat dobrze pasujący do całości, lecz nie wprowadzający żadnej nowej jakości. Chan Marshall zdaje się wysyłać komunikat mówiący: tak, wiem, że technika idzie do przodu, na tej płycie unowocześniam trochę swoje brzmienie, ale nie jest to dla mnie wystarczającym powodem do całkowitej zmiany muzycznej stylistyki.

W gruncie rzeczy Sun jest jednak płytą brzmiącą zdecydowanie tradycyjnie. Weźmy np. 3,6,9 – piosenkę opartą na prostym rytmie, z tytułową wyliczanką w refrenie. Subtelnie brzmiące elektroniczne elementy w tle nie zmieniają faktu, że jest to kolejny pop-rockowy utwór, do jakich zdążyły nas przyzwyczaić amerykańskie singer/songwriterki.

Cat Power stara się jak może, by nie znudzić słuchacza. Tytułowe Sun spogląda więc śmielej w stronę nowoczesnych brzmień, Human Being ma bluesowy posmak, Manhattan stawia na oszczędny aranż, budowanie atmosfery pozostawiając przede wszystkim głosowi Marshall. Nothin’ But Time z kolei reprezentuje kategorię utworów epickich – przez 11 minut dostajemy między innymi kojarzący się z The Smiths chwyt polegający na wyciszeniu piosenki w trakcie jej trwania i ponownym pogłośnieniu, a w ramach gościnnego występu pojawia się Iggy Pop. Całość zamyka Peace and Love, czyli bujająca rytmika, nanana w refrenie oraz ogólne wrażenie zbędności po poprzednim Nothin’ But Time.

Główną wadą Sun jest fakt, że płyta nie wybija się na własną muzyczną niepodległość. Choć zrealizowana sprawnie i przyjemnie brzmiąca, nie zapada na dłużej w pamięć. Co nie znaczy, że ostatnie kilka dni spędzonych w towarzystwie Cat Power uznałbym za stracone.

Nie ma więcej wpisów