Uczucie pozytywnego zaskoczenia jest jednym z najprzyjemniejszych. Dla ludzi kochających muzykę i nieustannie poszukujących, przekopujących, szperających w dźwiękach, brzmieniach, gatunkach – odkrycie czegoś nowego jest takim właśnie momentem. Festiwale są ku temu idealną okazją. Przechadzając się bowiem po terenie imprezy, krążąc pomiędzy scenami, nie trudno natknąć się na coś, czego jeszcze nie słyszeliśmy, a co może okazać się naszą nową fascynacją. Wystarczy mieć otwarte uszy, umysł i serce.

Dla nas taką niespodzianką podczas Berlin Festival 2012 był brytyjski kwartet Django Django, który swoją żywiołowością zaskoczył nas w momencie, kiedy zmierzaliśmy w zupełnie inne miejsce. Słysząc pozytywne wibracje, które płynęły ze sceny, nie sposób było nie zatrzymać się na dłużej. Ich porywające beaty, dźwięki imitujące odgłosy natury sprawiły, że przez chwilę poczuliśmy się jak w innej, odległej krainie. Nasze nogi natomiast same wyrywały się do radosnego tańca. Nie dane nam było jednak dłuższe pląsanie, gdyż na scenie Encore swój występ zaczynała już Kimbra, której byliśmy bardzo ciekawi.

Ta dziewczyna to ma power! To prawdziwy wulkan. Osławiona przede wszystkim za sprawą duetu z Gotye, pokazała, że sama ma do zaoferowania nie mniej, jeśli nie więcej. Podczas godzinnego koncertu Australijka dała z siebie absolutnie wszystko. W wykonanie każdego utworu, w każdy swój najmniejszy ruch sceniczny wkładała całą energię i całe serce, dzięki czemu wciągnęła do swojego świata zgromadzoną publiczność. Kimbra zawładnęła sceną całkowicie, między innymi podczas piosenki Warrior, napisanej wspólnie z Markiem Fosterem oraz producentem A-Trakiem. Można powiedzieć, że praktycznie nie zwalniała. Jedynym wytchnieniem – zarówno dla niej, jak i dla słuchaczy – mogła być eksperymentalna wersja kawałka Settle Down, który artystka wykonała w lekko chilloutowej wersji.

Po takiej dawce scenicznego szaleństwa miło było natomiast odpocząć przy bardzo kameralnych, spokojnych, gitarowych dźwiękach, które zafundowały nam siostry Johanna i Klara Soderberg, czyli duet First Aid Kit. Ich muzyka w rzeczywistości stanowiła zestaw pierwszej pomocy, uspokajając nieco nastrój, ujmując swoim brakiem nachalności, prostotą, a przede wszystkim muzyką. Ten występ pozwolił nam na nabranie sił przed kolejnym emocjonującym show, jakie dali Friendly Fires.

Tego bowiem, co na scenie Hangar-5 wyczyniał wokalista grupy – Ed Mac – nie można opisać. Tak dynamicznego tańca na pewno nie mogliśmy zobaczyć podczas żadnego z koncertów na lotnisku Tempelhof. Jego dzikie ruchy przypominały, co prawda, bardziej pląsy szaleńca, ale były jak najbardziej wyrazem energii, która emanowała zarówno z zespołu, jak i z rozentuzjazmowanej publiczności. Słysząc takie utwory jak Hurting, Blue Cassette czy – na koniec – Kiss of Life i Paris, można było nie tylko wyczuć podnoszący się w zebranych poziom endorfin, ale także zobaczyć uwalniające się pokłady energii – publiczność bawiła się na całego.

Niczym szczególnym nie wyróżnił się z kolei Franz Ferdinand. Ten szkocki zespół zebrał, co prawda, całkiem sporą publiczność, jednak na nas nie zrobił dobrego wrażenia. Monotonne, gitarowe granie sprawiło, że spod Main Stage całkiem szybko powróciliśmy do hangaru z numerem 5, aby zobaczyć, jak na żywo prezentuje się iamamiwhoami.

To kolejna postać, którą gościć będziemy już niedługo w Polsce, a której zapewne wielu z Was jest ciekawych. I w przeciwieństwie do mieszanych uczuć po występie Grimes, po koncercie iamamiwhoami możemy śmiało powiedzieć, że warto się nań wybrać. Ta enigmatyczna artystka buduje na scenie klimat, który bazuje nie tylko na specyficznych dźwiękach, ale także na właściwościach tworzonego performance’u. I chociaż początek koncertu nieco zaskoczył, bowiem okazał się być zupełnie standardowy (po prostu: taneczny i energiczny), to już jego druga część wyglądała dokładnie tak, jak się tego spodziewaliśmy – iamamiwhoami zabrała publiczność w swój nieoczywisty świat, znany z jej teledysków. Gra świateł, sposób w jaki artystka poruszała się na scenie, jej włochate okrycie wierzchnie. Do tego podświetlana konstrukcja – ustawiona na środku sceny – wewnątrz której podczas utworu play pojawiła się postać rzucająca cień do złudzenia przypominający postać Szwedki. Niełatwo jest opisać wszystko to, co działo się na scenie, bowiem panował tam swoisty chaos. Ten występ, po prostu, należało zobaczyć, doświadczyć go – był to jeden z najciekawszych koncertów podczas Berlin Festival 2012.

Zdecydowaną gwiazdą drugiego dnia okazał się być Paul Kalkbrenner. Niemiecki producent – znany również z filmu Berlin Calling – zgromadził pod Main Stage imponujące tłumy. Przez półtorej godziny raczył słuchaczy utworami ze swojej bogatej dyskografii. Koncert był bardzo zróżnicowany – Paul serwował zarówno lekkie, melodyjne brzmienie, jak i taneczne kawałki, czy też transowe numery. Kiedy tonacja zmieniała się z tej spokojniejszej na energiczną – za każdym razem dało się słyszeć okrzyki radości, które uzupełniały tańczące ciała wielu osób.

Podczas, gdy Kalkbrenner prezentował muzykę techno na głównej scenie, na Hangar-5 Stage występował SBTRKT, natomiast na Encore Stage grali The Soundtrack of Our Lives. Ponieważ jednak rockowe utwory Szwedów w ogóle nie przypadły nam do gustu, naszą uwagę postanowiliśmy skupić na dubstepowych dźwiękach londyńczyka. Szkoda tylko, że po świetnych koncertach Friendly Fires i iamamiwhoami na tej samej scenie, występ Brytyjczyka okazał się być kiepsko nagłośniony. Im cięższe dźwięki generował artysta, tym bardziej drażniły one słuch. Chwilami trudno było zidentyfikować aktualnie wykonywany utwór.

Kiedy na terenie lotniska impreza dobiegła już końca, festiwalowicze mogli przenieść się do klubu Xberg, gdzie całą noc grali tacy artyści jak m.in.: Modeselektor, Junior Boys, Totally Enormous Extinct Dinosaurs, Simian Mobile Disco i wielu innych. Zabawa trwała do białego rana, a muzyczne przygody generowały ogrom energii, tańca i radości. Tym samym Berlin Festival 2012 zaliczamy do tych jak najbardziej udanych imprez, na które chętnie wrócimy w kolejnych latach. Niemiecki event zaplusował line upem tegorocznej edycji, świetnie zagospodarowaną przestrzenią, na której został zorganizowany, jak również bardzo pozytywną atmosferą, którą długo będziemy wspominać. Nie możemy się już doczekać kolejnej wizyty w Berlinie!

Nie ma więcej wpisów