Matthew Herbert postanowił odpocząć od swojego rodowego nazwiska i wrócił do jednego ze swoich aliasów, którym posługiwał się pod koniec lat 90. XX wieku. Pierwsze i ostatnie produkcje Wishmountaina datuje się na rok 1998 – wówczas ukazały się dwa albumy: Wishmountain oraz Wishmountain Is Dead. Tytuł tego ostatniego wskazywałby na jednorazowy flirt Herberta z tym pseudonimem, tymczasem swoista reinkarnacja Wishmountaina ma miejsce właśnie w 2012 roku przy wydaniu albumu Tesco.

Nowy krążek, bądź co bądź jednak Matthew Herberta, oparty jest na sprawdzonym koncepcie wykorzystywania różnych nietypowych dźwięków w procesie tworzenia muzyki. To charakterystyczna cecha muzyki sygnowanej nazwiskiem Herberta – to innowacyjne podejście sprawiło, że określa się go mianem jednego z najbardziej charakterystycznych współczesnych producentów. Nie bez przyczyny tytuł albumu jest taki, a nie inny. Do stworzenia krążka Matthew Herbert użył produktów dostępnych w sieci supermarketów Tesco, a tracklista to nazwy produktów. Mamy więc np. kawę Nescafé, napój Lucozade, czekoladę Dairy Milk czy… papier toaletowy Andrex.

Album jest zachowany w charakterystycznej stylistyce Herberta. Każdy utwór to kompozycja wielu zsamplowanych dźwięków. Są bardzo skrupulatnie ułożone, niemal z zegarmistrzowską precyzją. Niestety, można odnieść wrażenie, że utwory w pewnych momentach po prostu nudzą. Niektórzy słuchacze, w szczególności ci, którzy po raz pierwszy mają styczność z muzyką tego artysty, mogą zarzucić mu monotonność. Poniekąd tak jest, aczkolwiek to jeden z elementów stylu Wishmountaina. Twórca przyznał, że po kontrowersjach związanych z One Pig, chciał stworzyć staromodną muzykę taneczną. Czy Tesco to album taneczny? Niekoniecznie, chociaż można się przy nim poruszać. Zdecydowanie bardziej do tańca nadaje się One Club – drugi krążek z trylogii One (nawiasem mówiąc, są to trzy najlepsze albumy Herberta).

Tesco odrobinę rozczarowuje. Niby wszystko jest po herbertowemu, ale brakuje tego czegoś, co czyniłoby ten album wyjątkowym w dyskografii Anglika. Mam nadzieję, że Matthew z kolejnym wydawnictwem wniesie odrobinę (albo i więcej) czegoś, czego jeszcze u niego nie było. Może będzie to zupełnie nowy pseudonim z zupełnie nowym muzycznym konceptem? Jedno jest pewne – Matthew Herbert jest z pewnością nietuzinkowym producentem i każdy jego kolejny projekt udowadnia, że można mieć na muzykę niekonwencjonalny punkt widzenia.

Nie ma więcej wpisów