Takiego koncertu chyba jeszcze w Polsce nie było! Nie chodzi tu o wielkość gwiazdy, czy ilość ludzi, która pojawiła się wczoraj na Stadionie Narodowym w Warszawie. Było to wydarzenie, które absolutnie wciągnęło całą publikę. Nie ważne czy stało się na płycie, czy siedziało się na którejś z trybun. Machina tego widowiska po prostu pochłonęła bez reszty. Drugi koncert Coldplay na pewno przez długi czas zostanie w pamięci warszawiaków i wszystkich, którzy pojawili się na Narodowym. Powód jest bardzo prosty: tak profesjonalnie przygotowane widowisko i energia bijąca ze sceny warte są każdych pieniędzy.

Przed Anglikami scenę opanowały kobiety. Najpierw wystąpiła Charli XCX, która zaśpiewała utwory ze swojego debiutanckiego materiału. Publiczność usłyszała m.in. Stay AwayYou’re The One, a także Killing Moon, który w oryginale wykonuje Echo & The Bunnymen. Zaraz po młodej wokalistce, na scenie pojawił się Marina and the Diamonds. Na lekko przyozdobionej w stragany scenie, Marina czuła się doskonale. Potężny głos, błyszcząca sukienka z dużym dekoltem i ogromny seksapil sprawiły, że Marina porwała publiczność. Po zaśpiewaniu paru kawałków, piosenkarka stwierdziła, że w końcu trzeba rozkręcić tę imprezę. Zdjęła buty i zaśpiewała kilka bardzo energicznych kawałków, w tym Radioactive. Podczas tego krótkiego występu Marina przepraszała wielokrotnie za to, że nie zna polskiego, ale obiecała, że następnym razem się poprawi.

Brytyjka zeszła ze sceny, a na telebimach pojawił się komunikat, że czas założyć opaski, które obsługa rozdawała przy wejściu na koncert. Były to xylobands, którymi sterowano radiowo. W zasadzie kilka minut po 21:00 rozpoczęło się największe, tegoroczne show. Rozbrzmiało Mylo Xyloto, opaski się zapaliły, sztuczne ognie rozświetliły sklepienie stadionu, a do tego pokaz laserów wprawiły wszystkich w osłupienie. Chris Martin podsycił atmosferę, mówiąc, że to może być najlepszy koncert, który do tej pory zagrali. Potem wraz z kolegami wykonali Hurts Like Heaven. Masa konfetti i dziesiątki piłek sprawiły, że publiczność rzucała się w rytm muzyki jak dzieci.

Później rozbrzmiały kawałki, których nie mogło zabraknąć: In My Place, Lovers in Japan czy Violet Hill. Jeden z utworów niespodziewanie i nieświadomie na telebimach zapowiedziała jedna z fanek zespołu. Operator znalazł dziewczynę, na przedramieniu której widniał napis Yellow. Wtedy scena rozbłysnęła na żółto, a w stronę publiczności poleciały baloniki. Podczas śpiewania Martin wielokrotnie zachwycał się polską publicznością i zmieniał teksty piosenek. Po paru niewiarygodnych efektach, zastanawiałem się, co jeszcze dla nas przygotowali. Fajerwerki, konfetti, balony, przecudowne wizualizacje, lasery. Wszystko już było. Potem z głośników wydobyły się pierwsze dźwięki Princess Of China. Po odśpiewaniu swojej części, Chris Martin odwrócił się w stronę telebimów, a tam pojawiła się Rihanna.

Zespół tak podporządkował sobie publiczność, że wystarczyło jedno, ciche słowo, a nagle wszystkie ręce znalazły się w górze, albo wszyscy odśpiewywali fragmenty utworów. Takiego kontaktu ze słuchaczami pozazdrościć może chyba każdy artysta. W czasie koncertu muzycy pokazali też album, który specjalnie przygotowali polscy fani.

To był koncert naprawdę specjalny. Podczas Viva La Vida, Charlie Brown Paradise prawie wszyscy zdzierali swoje gardła do granic możliwości. Po wcześniejszych atrakcjach, nic już nie mogło nas zaskoczyć. Aż nagle, na tyłach publiczności zespół pojawił się na malutkiej scenie, gdzie wykonali m.in. Speed of Sound. Tu także wokalista pokusił się o zmianę tekstu i zaśpiewał Japan and Warsaw all lit up. Dzięki temu każdy mógł z bliska zobaczyć  Chrisa Martina, Jonny’ego Bucklanda, Guy’a Berrymana i Willa Championa. Po powrocie na dużą scenę usłyszeliśmy utwór Fix You, a całe widowisko zespół zakończył Every Teardrop Is A Waterfall. Tu także Chris zmienił tekst. Heaven zastąpił Warsaw i tu się nie pomylił. Przez te dwie godziny Warszawa, a raczej Stadion Narodowy był kawałkiem nieba na Ziemi. Było całowanie sceny, było machanie polską flagą, były też dedykacje. Coldplay nadało zupełnie nowy wymiar występom. Teraz, każdy koncert jest koncertem totalnym, bo oddziałuje na każdą cząstkę ciała słuchacza.

Podsumowując, kto nie był, niech żałuje, albo jedzie w świat za zespołem. Wydarzenie warte każdych pieniędzy i jeżeli właśnie po to było nam Euro 2012, to ja nie mam nic przeciwko, żeby takie imprezy odbywały się w naszym kraju rokrocznie. Jeżeli tylko będą budowane takie obiekty i będą organizowane na nich TAKIE KONCERTY!

Nie ma więcej wpisów