Ostatnie miesiące przed olimpijskim koncertem Blur w Hyde Parku przypominały trochę zabawę w kotka i myszkę z fanami. Damon Albarn mówiący: to będzie ostatni koncert w karierze Blur, po to tylko, żeby chwilę później oznajmić: a może jednak nie, a także przerwana, tajemnicza sesja nagraniowa, podczas której mieli zarejestrować materiał na pełny album. Kiedy już nikt nie wiedział, o co chodzi, zespół oznajmił, że jeśli w Hyde Parku nie poczują radości z grania – to będzie definitywny koniec. Czy ktoś im uwierzył? Jeśli tak, to po przesłuchaniu tego właśnie koncertu powinien zmienić zdanie.

Ponieważ DVD ukaże się dopiero w listopadzie, do dyspozycji mamy jedynie audio, ale to w zupełności wystarczy, aby stwierdzić, że uwielbiani przez tłumy weterani britpopu bawili się lepiej niż dobrze. Dobra energia rozpierająca zespół jest tu wręcz namacalna, od otwierającego setlistę Girls and Boys aż po pożegnalny The Universal.

Po 21 latach istnienia zespołu, Albarn i spółka wciąż brzmią świeżo i dynamicznie grają tak stare, ograne kawałki jak wspomniane już Girls and Boys, Tracy Jacks czy punkowe Popscene. Wciąż trzymają się ich żarty, czego dowodem jest zaproszenie na scenę komika Harry’ego Enfielda udającego tea ladytypowo brytyjską instytucję, prawie zapomnianą zdaniem Albarna.

Żarty z brytyjskości to specjalność Blur. Pod względem ciętych i prześmiewczych tekstów równać się z nimi może jedynie Morrissey. Ale oni kochają swój kraj, a przede wszystkim sam Londyn, o czym świadczą okrzyki typu: we love London podczas London Loves, czy moment, w którym Damon wykrzykuje nazwę swojego miasta w trakcie londyńskiej piosenki, czyli For Tomorrow, co jest bardzo wymowne.

Osobiście nie mam pojęcia jak oni to robią, ale po 17 latach od wydania The Great Escape – Country House brzmi lepiej niż kiedykolwiek. Zręczne riffy Coxona, jego chórki doskonale uzupełniające główny wokal, a ponad wszystko dęciaki, które z siłą huraganu przejmują dowodzenie nad piosenką.

Phil Daniels w Park Life jak zawsze brzmi doskonale i niepowtarzalnie, ale najlepiej wypadają kawałki dokumentujące późniejszy okres w karierze zespołu, przede wszystkim te z 13. Trimm Trabb i Caramel zagrane są z niesłychanym wyczuciem, w dużej mierze dzięki sekcji rytmicznej. James i Rowntree grają tu miękko i łagodnie, co w połączeniu z zapadającymi w pamięć akordami Coxona daje piorunujący efekt. Fani wywołują Tender jeszcze przed poprzednią piosenką i w końcu dostają 9 minut czystej radości i afirmacji miłości tradycyjnie wzmocnionej przez gospel, a i Coxon jakby nabrał pewności siebie w śpiewaniu.

Aranżacja Out of Time urywa głowę, tym bardziej szkoda, że tylko ta piosenka reprezentuje tu Think Tank. Właściwie jedyną wadą tego koncertu jest niedostateczna reprezentacja tego późniejszego, dojrzalszego Blur i sądzę, że można było to zrobić kosztem kilku starszych utworów.

Za to sztandarowe There’s No Other Way i She’s So High zawsze reprezentujące Leisure – debiutancki album Blur – na Parklive zastępuje apokaliptyczne Sing, gdzie Albarn – dla wzmocnienia efektu – od śpiewu przechodzi do deklamacji.

Na etapie Under the Westway – piosenki napisanej specjalnie na tę okazję – robi się nieco nostalgicznie, aż wreszcie apogeum emocji przypada na końcowy The Universal, prawdziwy hymn odśpiewany przez kilkadziesiąt tysięcy gardeł i wzmocniony nieodłączną sekcją dętą.

Jedynym znakiem upływającego czasu w przypadku Blur są odniesienia samego Albarna do swojego wieku, kiedy to w End of a Century figlarnie zamienia thirty na fifty. Poza tym, grają tak dobrze jak kiedyś, a może i nawet lepiej – w końcu doświadczenie procentuje. Parklive dokumentuje chemię, która wciąż wytwarza się między członkami zespołu i skutkuje ogromnymi pokładami pozytywnej energii, dlatego ciężko jest myśleć o tym jako o ostatnim koncercie. Lepiej jest czekać, bo może wkrótce znowu o nich usłyszymy.

Nie ma więcej wpisów