Kiedy słucham takich płyt jak The Salesman and the Shark, zastanawiam się nad tym, ile twarzy może mieć muzyka. Biorąc pod uwagę fakt, że jest lwią częścią mojego życia, ciągle nie mogę się nadziwić, że ma nieskończenie wiele oblicz. Przychodzi czas na piosenki wesołe, taneczne i neutralne. Czasem jednak – szczególnie wtedy, kiedy się ściemnia i nieśmiałymi krokami puka do drzwi jesień – zaczynam odkurzać półkę wypełnioną singer-songwriterami.

Wśród nich od niedawna zagościł Sean Rowe. Porównywany jest do największych: Leonarda Cohena, Toma Waitsa czy Bruce’a Springsteena. Amerykanin właśnie wydał swój trzeci album, który – mam taką ogromną nadzieję – pozwoli mu wypłynąć na szersze wody. Bo na to, po prostu, zasługuje.

The Salesman and the Shark to zbiór dwunastu utworów, które zapadają głęboko nie tylko w pamięć, ale i w serce. Sean Rowe to przede wszystkim niepowtarzalny, niski wokal, który swoim brzmieniem wywołuje przyjemne drgania na całym ciele słuchacza. Ten album posiada klimat, który niełatwo opisać słowami. Gitarowe ballady przeplatają się z soulowymi perełkami, westernowe nuty z odrobiną orkiestrowych, bluesowych standardów. Mimo tego, że artysta często wrzucany jest do ogromnego worka z etykietą folk, obok takiej interpretacji gatunku nie można przejść obojętnie.

Pierwsze dźwięki na The Salesman and the Shark to delikatne połączenie fortepianu i gitary – tak rozpoczyna się Bring Back the Night, jedna z najbardziej wpadających w ucho kompozycji na płycie. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam głos Seana, byłam pod ogromnym wrażeniem, już po kilku wyśpiewanych wersach wiedziałam, że ta płyta szybko nie zginie i będzie miała szczególne miejsce w moim muzycznym zestawieniu. Typowo gitarowo-folkową piosenką jest poruszające Flying, a lekko bluesowe The Lonely Maze dostarcza wzruszeń. A kiedy zaczyna robić się niebezpiecznie rzewnie, z pomocą przychodzi utwór Joe’s Cult, który delikatnie przypomina dokonania Charliego Winstona. Signs to przede wszystkim popis wokalny Seana, wspierany skromnym instrumentarium. Ciekawą kompozycją jest The Wall – na pierwszy plan wysuwają się smyczki, a wokalnie artystę wspiera Inara George. Z kolei Old Shoes to duet zaśpiewany razem z Marketą Irglovą. Żeby nie zrobiło się nudno i płaczliwie, na ostatnim etapie podróży z The Salesman and the Shark znajdujemy dosyć wesołe Downwind z imponującą, gitarową solówką. Album kończy się ciepłą, refleksyjną balladą Long Way Home.

Sean Rowe nie stworzył niczego nowego. Wykorzystał umiejętnie tradycję dobrego folku i stworzył idealnie wyważony album. Skromny, ale różnorodny, poetycki i pełen uroku. Ten baryton zarówno intryguje, jak i wzrusza. Płyta idealna na jesienne wieczory.

Nie ma więcej wpisów