Tom Krell trochę namieszał swoim pierwszym albumem. Muzyczny świat natychmiastowo pokochał Love Remains, nierzadko przyznając mu wysokie pozycje w końcoworocznych zestawieniach. Po debiucie ukazała się sygnowana zmienioną nazwą EPka, która raczej rozczarowała i absolutnie nie zapadła w pamięć. Teraz pora na drugą płytę filozofa z Los Angeles – Total Loss.

W porównaniu ze swoim poprzednikiem, drugi krążek How to Dress Well jest lepszy ze względu na jakość produkcji i kompozycji. To nie jest album rewolucyjny, czy pokazujący różne oblicza, a utrzymany w dość wąskim i trochę dusznym – jeśli chodzi o brzmienie – nurcie. Wpuszcza jednak trochę świeżego oddechu, pokazuje to, czego Love Remains nie pokazało lub zwyczajnie pokazać nie mogło ze względu na obrany kierunek.

Total Loss to również większa przestrzeń. Debiut był dość gęsty, wypełniony dźwiękami w każdym możliwym calu, a tutaj zdarzają się momenty, kiedy właściwie poza bitem nadającym rytm i wokalem Toma nie słychać niczego więcej (& it Was U oraz Running Back).

Amerykanin nie zrezygnował z pogłosów, wszak to jego cecha charakterystyczna, więc nie ma mowy o zrozumieniu wszystkiego co śpiewa, ale głos jest wreszcie instrumentem istotnym tak samo, jak reszta i nie jest gdzieś upchnięty, a zdarza się, że otrzymuje pałeczkę pierwszeństwa. A i pogłosy zostają czasem znacznie skręcone (np. Set it Right). To ogromny plus. Dzięki temu następcy Love Remains słucha się naprawdę – skupia się na nim swoje uszy i mózg. Follower debiutu można spokojnie traktować jako świadomy i pełnoprawny album, a nie – co czasem się zdarzało w przypadku poprzednika – piczforkowe, hipsterskie dziwadełko. Taki prosty zabieg – jak dodanie przestrzeni – sprawia, że wydawnictwo odciska większe wrażenie na świadomości i skupia większą atencję słuchacza, staje się bardziej zapamiętywalne.

Z drugiej strony – na pierwszy rzut ucha może się wydawać, że Tom się trochę rozchmurzył. Z biegiem czasu to wrażenie znika, ale to kolejny atut, którego nie miało Love Remains. Odbiorca od razu stawał tam ze świadomością zawartej na płycie depresji, tutaj to widmo czasem ucieka. Jednak to dopiero druga płyta artysty, zatem i duch debiutu mentalnie i aranżacyjnie daje się słyszeć.

Nie mniej jednak Total Loss to album ciekawszy. Niby podobnie hermetyczny, ale gdyby szukać metafor – to brzmienie debiutu było wykute w kamieniu, a tutaj jest raczej uformowane w glinie. Pozornie tak samo, a jednak możliwość i świadomość wprowadzonych zmian istnieje.

Nie ma więcej wpisów