Piąty album Skunk Anansie wywołuje we mnie tak samo pozytywne reakcje jak każdy poprzedni. Zważywszy na to, że wszystkie studyjne występy Brytyjczyków lokują się w skali siódemkowej oraz (przede wszystkim) ósemkowej, pierwsze zdanie byłoby chyba najlepszą recenzją tego, jak może i jak wygląda Black Traffic. Jednak po kilku szumnych zapowiedziach i recenzjach porównujących płytę do Post Orgasmic Chill czuję się trochę zawiedziony i oszukany. Nie dlatego, żeby jej zawartość nie odpowiadała ustanowionemu przez sam zespół poziomowi, poniżej którego nie schodzi. Bardziej dlatego, że takie słowa zapowiadają coś naprawdę ekscytującego – w równym stopniu jak wspomnienie lat 90., magii, która wydobywała się z melodii i drapieżności grupy. To wszystko się tutaj znajduje, bo Skunk Anansie po zafundowaniu nam lżejszego – choć świetnie przygotowanego – materiału na Wonderlustre, postanowili pokazać, że prawdziwy rock nie umarł. To decyzja trafna, bo coraz mniej w rockowej muzyce esencji gitarowych riffów, tak fantastycznie wyśpiewanych i nieraz wykrzyczanych słów, za które odpowiedzialna jest Skin. Podkręcenie tempa nie zgubiło też zespołu, który mógłby po prostu pędzić przed siebie, nie za bardzo znajdując jakieś wyjście z sytuacji, brnąc w ślepy zaułek. Takiej sytuacji Black Traffic nie przynosi, choć zdarzają się drobne potknięcia, a i magia melodii nie jest już tak zauważalna jak na poprzednim wydawnictwie.

Już same riffy I Will Break You, podane w pierwszym utworze, pokazują zmianę jaka zaszła w ciągu dwóch lat. Jest brutalnie, brudno i szybko. Taka bezkompromisowa ostrość gitar łączy się z głosem Skin jeszcze między innymi w Satisfied?. Fantastycznie napędzana perkusja i niekontrolowane solówki gitarowe to zadziorność na miarę tego, co działo się na płycie Stoosh, choć może nawet lepszym byłoby przyrównać to do Tear the Place Up. Podobne brzmienie wykazuje też Sticky Fingers in Your Honey.

Co ciekawe, wraz z większą energią w wielu miejscach pojawia się elektroniczne przeszycie. Dobrze sprawdza się w przesterowanych gitarach Spit You Out (gościnnie nieco zapomniani szaleńcy z Shaka Ponk), czy w dryfującym między wolnym a szybkim tempem Our Summer Kills the Sun z mechanicznym wybijaniem rytmu. Ten drugi utwór jest też przedstawicielem łagodniejszej strony zespołu, który przeplata wypełnione hałasem minuty. O ile jednak powłóczyste smyczki I Hope You Get to Meet Your Hero i rozdzierający śpiew Skin są momentem wyróżniającym się, to tym razem tworząc rzeczy stworzone do szaleństw na koncertach, Skunk zaniedbali nieco ballady. Drowning jest gorszą siostrą wspomnianego już wcześniej utworu, a Driving Down to klimat niemalże popowy, znany z solowych albumów Skin. Nie są rzeczami zbędnymi, ale nie jest to też najlepsza strona z jakiej do tej pory prezentowały się podobne nagrania. Harmonia została jednak zachowana, co cieszy.

Raduje też forma w jakiej nieustannie znajduje się Skunk Anansie. Nie ma tu żadnego odcinania kuponów, co więcej – doskonale słychać, że nagrania stworzone zostały z pasją i energią, jakiej brakuje wielu artystom. Po tylu latach nieobecności przyszły nowe pomysły, co prezentują tak odmienne dwa krążki. Ale właśnie takie dwie twarze od samych początków prezentował zespół. I chociaż także tutaj nie wszystko wydaje się idealne, a niektóre utwory zdecydowanie odstają od reszty (rozpaczliwe tony This Is Not a Game), to nie można zaprzeczyć, że Black Traffic pociąga, w dużym stopniu ekscytuje i nie staje się kalką przeszłych dokonań. A jeśli mielibyśmy mówić o najlepszych powrotach dawno nie słyszanych artystów, w ostatnich kilku latach nie było chyba tak dobrego come backu jak ten, który zafundowała nam Skin i spółka.

Nie ma więcej wpisów