music is ... muzyka z najlepszej strony.

 

Loco Star. Shelter

Loco Star, za sprawą specyficznej mieszanki popu oraz lekkiej elektroniki, zdążyli już wyrobić sobie silną pozycję w polskim świecie muzycznym. Z pewnością nie bez znaczenia jest fakt, że zaczynając działalność pod tą nazwą, żadne z nich nie należało do debiutantów, a doświadczenie zebrane w jazzowym Pink Freud czy popowym Silver Rocket bardzo się przydało. Shelter jest już trzecim, w dorobku Loco Star, albumem i potwierdza, że niezłych pomysłów na piosenki wciąż im nie brakuje.

Już na debiucie zespół wyraźnie określił brzmieniowe ramy, w których będzie się poruszał i w tym temacie Shelter nie przynosi żadnej rewolucji. Singlem promującym to wydawnictwo jest Artifiction, gdzie obowiązki wokalne po raz pierwszy w historii zespołu przejmuje Tomek Ziętek. To co jest najciekawsze w tym kawałku, to zapętlone, intensywne beaty i wyrazisty bas, bez których rozmazane warstwy syntezatorów oraz delikatne pociągnięcia gitarowych strun nie robiłyby większego wrażenia. Naczelny trębacz oraz specjalista od instrumentów klawiszowych w Loco Star także bardzo dobrze radzi sobie jako wokalista, a jeszcze ładniej brzmi, kiedy swoim ciepłym głosem wspomaga go Marsija. Artifiction jest jednym z tych kawałków, które bardzo powoli docierają do naszej świadomości, więc dopiero po kilku przesłuchaniach zaczynamy doceniać kunszt kompozytorski muzyków.

Największym atutem Loco Star są słodkie, dreampopowe kompozycje, a do takich należy tytułowe Shelter. Jednak ładna, prosta melodia to tylko górna warstwa, która przykrywa to, co naprawdę tu się dzieje. Warto założyć słuchawki, żeby dokładnie wyłapać mnogość drobnych smaczków, które uwydatniają się w miarę tego, jak piosenka się rozwija.

Stars ‚n’ Stripes jest kolejnym przeuroczym przykładem na kompozycyjny potencjał zespołu. Charakterystyczny, głęboko zapadający w pamięć i wywołujący uśmiech motyw, który przewija się przez całą piosenkę, pochłania prawie całą uwagę, ale – naprawdę zachęcam – załóżcie słuchawki, a odkryjecie drugie dno.

Holy Day to taki Sigur Rós w wersji minimum, zarówno pod względem bogactwa brzmieniowego jak i czasu. Dwie minuty pianina z odrobiną smyczków i na tym kończy się ta interesująca część albumu. Orla to zbyt rozwleczona, mdła ballada, która padła ofiarą braku ciekawych pomysłów. Podobnie sprawy się mają w przypadku Shelf, co prowadzi nas do prostej konkluzji – album mógł być genialny, ale świeże pomysły zbyt szybko się wyczerpały. Kawałki, które rzucają na kolana, mieszają się z piosenkami bez wyrazu, które pełnią tylko rolę zapychaczy. Trochę szkoda, ale na pocieszenie dostajemy mistrzowską produkcję. Brawa dla zespołu za wykorzystanie możliwości, jakie daje współczesna technika i dostarczenie nam rewelacyjnych dźwiękowych wrażeń.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...