Na najpopularniejszym portalu społecznościowym pojawiają się 3 października, a w tydzień później zaczynają dobijać już do tysiąca lajków – progu gwarantującego sukces i grube miliony w internecie. Takie branie mają chyba tylko fanpejdże z dupeczkami. Oni z waginami mają raczej mało wspólnego – chcą spowodować, że ludzie w Polsce zaczną znowu chodzić na koncerty klubowe.

Nie bądź dźwiękoszczelny – głosi hasło. Wątpię, by ktokolwiek był – biorąc pod uwagę zyskiwanie popularności tego fanpejdża i rozgłos, jaki wywołuje sama akcja, czy zacna chęć zmian na lepsze dla muzyków. Choć sama idea jest szczytna i bardzo fajna, to jednak raczej nie należy wierzyć, że coś zmieni. Walka z wiatrakami, donkiszotyzm.

Poszukajmy jednak źródła problemu i znajdźmy odpowiedź na pytanie: dlaczego Polacy nie chodzą na koncerty? Czyżby o nich nie wiedzieli? Biorąc pod uwagę, że istnieje internet, a przeciętny (nie)bywalec koncertów ma zlajkowane fanpejdże kilku portali muzycznych, a do tego również profile swoich ulubionych zespołów, które informują o koncertach, bo jest to w ich interesie – jest to raczej niemożliwe.

A może chodzi o to, że nie ma pieniędzy? Nie, na pewno nie – przeciętny mieszkaniec tego kraju zarabia kilka tysięcy miesięcznie i pracuje na pół etatu, bo przecież to co zarobi musi kiedyś wydawać. A że najczęściej kupuje narkotyki i na koncerty ulubionych zespołów już nie wystarcza – to trudno. Jesteśmy biednym krajem, to i będziemy mieć biednych muzyków, przykro mi. Trochę dziwne, że zachęca się do chodzenia na koncerty w kraju, w którym realne zarobki docelowego odbiorcy koncertowego są najczęściej żałosne.

Choćby organizatorzy dwoili się i troili, umożliwiali – poprzez specjalne kody dodawane do koncertowych biletów – darmowe pobieranie płyt (właściwie z jakiej racji ma być zabierany pieniądz osobom, które dane wydawnictwo produkowały/dystrybuowały?), czy rozdawali na wejściu baloniki, a do wyboru będzie jeszcze jedzenie, to strzelam, że mityczny Iksiński za te 15 zł kupi sobie mielonkę. I wyznania Haliny Mlynkovej o mistycyzmie koncertowych doznań raczej nie zmienią jego postawy.

Ale przyjmijmy, że Iksiński ma pieniądze, które może wydać. Ale czy ma czas? Czy nie lepiej jest wziąć urlop, pojechać na czterodniowy festiwal, bez obaw upijać się przy ulubionej muzyce bez myślenia o tym, że nie można, bo jutro na 7:00 do fabryki? Przecież zamiast wychodzić kilka razy w ciągu miesiąca, można zobaczyć te same zespoły właśnie na festiwalu, na którym nierzadko jest lepsze nagłośnienie. Jasne, czasem ich set jest okrojony o te cztery czy pięć numerów, ale dodatkowo możemy zobaczyć zagraniczne zespoły, które przyjeżdżają nierzadko tylko ten jeden raz (choć powoli przestaje być to regułą).

Mając do wyboru artystę z zagranicy oraz artystę polskiego – oczywiście wybiorę obcojęzycznego. Dlaczego? Ponieważ – spójrzmy prawdzie w oczy – ci zagraniczni najczęściej są ciekawsi, lepsi od naszych rodzimych wykonawców. To nie reguła, bo przecież mamy kilka dobrych zespołów koncertowych lub tych z dobrą płytą na koncie, ale jeśli staję przed wyborem: Jessie Ware za 70 zł a Organizm za 10 zł, to pomimo całej sympatii dla chłopaków z Organizmu – wybiorę Jessie, bo ona może drugi raz nie przyjechać.

Pojawiają się głosy, że scenę klubowych koncertów psują darmowe gigi w stylu: 300 lat Wąchocka, bo bilety są za darmo i przychodzi na nie więcej ludzi niż na koncert klubowy lub na festiwal. Tę drugą opcję przemilczę, ale jeśli tak jest, a jakiemuś zespołowi to nie odpowiada, to może tam nie grać. Ale przecież wtedy zagra ktoś inny… Wzruszające. Zatem wolisz zjeść bułkę z szynką, czy postąpić zgodnie z własnym sumieniem? Wybierasz bułkę, prawda? Tak jak Twój słuchacz. Zatem jeśli jeszcze tego nie pojąłeś, a jesteś kilka lat na scenie muzycznej, to może pora zmienić zawód albo przestać płakać. Muzycy często zapominają, że mogą grać dzięki temu, że ludzie (w małej czy dużej liczbie) przychodzą na ich koncerty. Zabawne jest też to, że narzekają na słuchaczy, a nie szukają problemu u siebie…

Inne głosy z kolei twierdzą, że jeśli będziemy chodzić tylko na koncerty zagranicznych muzyków, to polskie zespoły przestaną grać. Biorąc pod uwagę, że Organizm jest po wydaniu drugiej płyty, a jego ostatnia trasa koncertowa objęła zaledwie kilka miast, jest to wątpliwe. Brak sensu? Nie od dzisiaj polscy muzycy nagrywają płytę między przerwami w pracy. Nie są to komfortowe warunki, ale Iksiński naprawdę nie zarabia więcej, niż oni na etacie. Poza tym, za nazwami dzisiejszych wartościowych projektów z zagranicy najczęściej stoją osoby, które nie utrzymują się z muzyki, tylko tak jak nasi polscy muzycy – z pracy innego rodzaju.

Czy wszystko rozbija się o pieniądze i muszę wciąż o tym przypominać? Oczywiście, że tak. Bez wątpienia jakiś procent także leży w tym, że telewizja, mainstream i ci najzdolniejsi są biedni, bo ich nie puszczają w telewizji, gdzie dominuje Doda i Feel. Z jednej strony – nikt nie zabrania zmienić stylu i zrobić skoku na kasę, a z drugiej – czy gdyby usunąć z telewizji projekty uważane przez krytyków oraz fanów muzyki alternatywnej za bezwartościowe, a wepchnąć tam nieznanych i zdolnych, to miałoby to rację bytu? Czy gdyby zdobyli rzesze fanów, to czy nie podwyższyliby monstrualnie cen biletów, czy nie zepsułaby ich popularność? Koniunktura, pieniądze, narkotyki.

Ponadto, czy jeśli ktoś jest fanem Kupichy i Szmona Wydry, to czy po przesłuchaniu Terroromansu lub Uwaga! Jedzie tramwaj odkryje w sobie nagłe pokłady głębszej wrażliwości, przejdzie katharsis, otworzy oczy na prawdziwą muzykę? A może po prostu zacharczy niczym prosiak i powie: Ale pedalstwo!? Czy plastikowe panienki i rycerze z kreszu/ortalionu nie mają wśród swoich znajomych na Facebooku osób, które słuchają zespołów z niską frekwencją koncertową? Oczywiście, że mają. A czy chodzą na koncerty alternatywnych zespołów? Czy gdyby był w telewizji – słuchaliby ich, płacili za bilety na koncert? Nie. Nie wciskajmy zatem osobom muzyki, której oni nie lubią, bo sami tego nie lubimy.

Z pewnością nie można mówić, że nie poświęca się uwagi tym mniej popularnym artystom – na ich występy chodzą głównie młodzi, mówiący językiem internetu lepiej niż swoim ojczystym. I czytają portale, gdzie znajdują interesującą ich muzykę, czytają info o koncertach z profili interesujących ich zespołów. Nie potrzebują telewizji, nie potrzebują, by ich ulubiony muzyk był popularny. Swoistą rozkoszą słuchania Ul/Kr jest fakt, że nie są w mainstreamie. Fanom wystarczy, że oni ich znają i mogą pójść na koncert tego duetu, gdzie będzie osiem osób i wszyscy będą milczeć… A jeśli nawet, przez jakiś kosmiczny żart, dany zespół przestanie grać koncerty, słuchacz znajdzie inny, ponieważ poczuje głód doznań i może znajdzie ciekawszy, mniej znany. Czy chcemy chodzić na koncerty tych, których znamy już bardzo dobrze i wiemy czego od nich oczekiwać? Nie zawsze.

Bo przecież to jest sens bywania na gigach – chodzimy na te, na które chcemy. A młody zespół zawsze znajdzie sposób, by zagrać, nie jest to niewykonalne. Wystarczy spojrzeć na Out of Tune, które było jednym z pierwszych polskich zespołów indie w latach zerowych. Zrobiło się o nich głośno, ponieważ dawali fantastyczne koncerty. Internet nie funkcjonował jeszcze tak dobrze jak teraz, a indie dopiero stawało na własnych nogach, by kilka lat później polecieć na poślady z hukiem. Out of Tune zyskali renomę świetnego zespołu koncertowego i grali dla pełnych klubów, zaledwie po wydaniu EP-ki.

Dobry muzyk zawsze będzie miał fanów słuchających jego muzyki na żywo, kiedy on stoi kilka metrów od nich, a nierzadko ci fani pojadą nawet do innego miasta, jeśli trasa nie obejmuje tego, w którym słuchacz mieszka. Takie rzeczy się dzieją, wystarczy wyjść na koncert i porozmawiać z ludźmi, a nie narzekać, że tak mało osób bywa na koncertach.

By jakoś w miarę celnie podsumować cały ten wywód, pozwolę sobie przywołać postać Kuby Wojewódzkiego, teraz Jakuba W., który powiedział mało mądrych rzeczy w swoim życiu, ale kilka mu się jednak zdarzyło. Jedna z tych mądrości brzmi: Polska jest jak dziecko z zespołem Downa. Należy kochać, nie należy porzucać, ale nie należy mieć nadziei, że wyzdrowieje.

Wnioski należy wyciągnąć samemu.

Nie ma więcej wpisów