Trzy lata temu trzech chłopaków z Wrocławia postanowiło założyć zespół. Wspólne muzyczne fascynacje, czerpanie wzorców z zachodu i chęć stworzenia czegoś swojego zaowocowała powstaniem pierwszych piosenek przepełnionych garażowym brudem i rockową energią. Kilka tygodni temu, na rynku pojawił się ich płytowy debiut, a panowie wyruszyli w trasę koncertową po Polsce. Ich album I Wanted to See A Monster pełen jest utworów niezwykle energetycznych – prawdziwych rockowych petard. Cały czas mowa oczywiście o Kamilu, Michale i Sylwestrze, czyli grupie Dead Snow Monster. Panowie, mimo intensywnego koncertowania, znaleźli dla nas chwilę przed występem w poznańskiej Minodze i opowiedzieli o początkach zespołu, o muzyce – swojej i nie tylko – i o planach na przyszłość.

musicis.pl: Zacznijmy od początku. Mamy grudzień 2009 roku – powstaje Dead Snow Monster. Tydzień później gracie pierwszy koncert – jak to się stało? Zdążyliście skomponować coś swojego, czy opieraliście się wtedy na coverach?
Kamil:
No tak wyszło. To był w całości nasz materiał.
Sylwester: Przez tydzień graliśmy próby i zdążyliśmy coś swojego zgrać.
Kamil: Początek był taki, że z Miśkiem wpadliśmy na pomysł, że będziemy mieć zespół. Tylko problem był taki, że nie mieliśmy basisty. Sylwuś jest naszym kumplem, więc zapytaliśmy go, czy nie chciałby z nami grać? Powiedział: nie mam basu, więc trochę nieciekawie, ale skombinowaliśmy bas i Sylwuś bardzo dobrze ogarnął wszystko. Przy okazji zdążył rozwalić mi parę rzeczy już na pierwszej próbie. A ten pierwszy koncert był bardzo krótki. Zagraliśmy może z 15 minut, ale mieliśmy bardzo dobry odbiór i podobało nam się. W sumie przez ten koncert tak naprawdę ten zespół istnieje. Jesteśmy tak ciągle popychani do przodu.

musicis.pl: Ludzie się boją potworów – skąd pomysł na nazwę?
Sylwester:
Najlepsze pytanie…
Kamil: Ciężko powiedzieć.
Sylwester: To był akt twórczy, to po prostu powstało…
Kamil: Nie, to była zbitka słów po prostu.
Sylwester: Myślisz?
Kamil: Nie wiem od czego to powstało… Ale spodobało się na początku, a teraz przyzwyczailiśmy się. Gdybyśmy się inaczej nazwali, byłaby to inna zbitka słów.
Sylwester: Potem  zaczęliśmy grać koncerty pod tą nazwą, więc głupio było nam ją zmieniać.
Kamil: Nie ma tu jakiejś wielkiej legendy. Po prostu tak o, tak jak ten zespół – się pojawiło i zostało – tak jak Sylwek.

musicis.pl: No i właśnie uprzedziliście moje następne pytanie.
Sylwester:
Skąd jestem ja?

musicis.pl: No właśnie. Kamil i Michał – Wy jesteście braćmi, a jak poznaliście Sylwestra? Kolega ze szkoły? Z podwórka?
Sylwester:
Zawsze nasze trzy postaci się gdzieś tam przeplatywały.
Kamil: Sylwek jest naszym trzecim bratem.  Znamy się po części z podwórka, po części ze szkoły, po części z pracy.  Było tak, że z Miśkiem w ciemno uderzyliśmy do Sylwka i jak się potem okazało, był to jeden z lepszych wyborów w naszym życiu. Z Sylwkiem jest tak jak z nazwą. Były jakieś części i jest. Matka go urodziła i się wykluł Sylwek.

musicis.pl: Od samego początku istnienia intensywnie koncertujecie. Udało Wam się nawet wystąpić na Open’erze. Wolicie występować na dużych scenach czy w małych, dusznych klubach?
Sylwester:
No wiesz, to i to ma swoje plusy i minusy. Po prostu lubimy grać koncerty.  Dla mnie nie ma różnicy czy gram na wielkiej scenie, gdzie nie będzie nikogo, czy zagram w dusznym klubie, gdzie ludzie będą zabijać się z radości. Wszystko zależy od samej atmosfery koncertu – tak mi się wydaje.
Kamil: Fajnie jest różnie… Lubimy różnie grać – przed chwilą nagrywaliśmy dla BalconyTV, lubimy po prostu takie akcje. Mimo że gramy w klubach, zdarza nam się wystąpić na otwartej przestrzeni. Jakiś czas temu graliśmy na jednym z podwórek we Wrocławiu, na dachu i też było świetnie. Były też nagrania gdzie w ogóle nie graliśmy dla publiczności. Weszliśmy dziko na jakiś dach i zrobiliśmy sobie sesję. Dziwne miejsca też są ok, nie? To nas nakręca. Trochę jak z seksem. Dziwne miejsca są spoko.
Sylwester: Granie samych koncertów jest w porządku, ale bardziej nas kręci także wykorzystanie przestrzeni publicznej, miejskiej. Wykorzystanie miejsc, o których człowiek nie pomyślałby, że nagle może wyjść trzech typów i zacząć grać muzykę.
Kamil: Zainteresowanie takich akcji jest spore. A my lubimy być w centrum zainteresowania.

musicis.pl: To co? Koncert na stacji metra może?
Sylwester:
Jak nam wybudują…
Kamil: Na stacji metra? Pewnie, czemu nie? Jest jeszcze dużo pomysłów, które są niewykorzystane, a są bardzo abstrakcyjne i na pewno Was nimi niejednokrotnie zaskoczymy.

musicis.pl: Podczas koncertu wydobywacie z siebie niesamowitą ilość energii – to trochę jakby zderzyć się ze ścianą – skąd się to w Was bierze?
Sylwester:
Wydaje mi się, że jest to kwestia całej naszej muzyki, esencja… To co tworzymy jest pełne energii i trochę smutno byłoby, gdybyśmy stali i starali się to w jakiś sposób ukryć, tamować. Zależy nam żeby na scenie wszystkie emocje, które wytwarzają się podczas grania, były bardzo jasno dostępne i widoczne.
Kamil: Zresztą świetnie się przy tym bawimy. To jest naprawdę dobra zabawa.

musicis.pl: Jak już jesteśmy przy emocjach i energii to Sylwester – pytanie do Ciebie – nie żal Ci tak rzucać gitarą na koniec koncertu?
Sywester:
Nie, w ogóle. Staram się właśnie ją zniszczyć od dobrych dwóch miesięcy, a ona się nie chce ugiąć i jestem strasznie sfrustrowany.
Kamil: Zresztą to nie jest pierwsza Sylwka gitara. Teraz poszła też w ruch perkusja, piece gitarowe – wszystko.
Sylwester: To wszystko to kwestia chwili, kwestia emocji.

musicis.pl: Pobijecie rekord, który należy do Matta Bellamy’ego z Muse – najwięcej zniszczonych gitar podczas jednej trasy koncertowej?
Sylwester:
Tak? Jaki?

musicis.pl: 160 roztrzaskanych gitar podczas jednej trasy.
Kamil:
To musiałby po kilka rozbić. Po każdym numerze. Nie – żadnych rekordów.
Sylwester: Nie, nie będziemy się ścigać, to nie dla nas.

musicis.pl: Często porównywani jesteście z Jackiem Whitem i The White Stripes – nie unikniecie tego, wszyscy Was porównują. Nie drażni Was to?
Sylwester:
Lepsze to niż do Maryli Rodowicz (śmiech).
Kamil: Robimy swoje i to najważniejsze. Ale nie, nie drażni. Prawda jest taka, że osłuchaliśmy się z tym rodzajem muzyki i dobrze się czujemy w takiej formie. Teraz już zupełnie innych rzeczy słuchamy. Jack White i The White Stripes odeszli trochę na dalszy plan. Zresztą teraz, gdy robimy nowe numery, to są one nieco inne.

musicis.pl: Troszkę się nimi inspirowaliście, czy to tak już naturalnie wyszło?
Kamil:
Jasne, że naturalnie. To nie jest tak, że wchodzimy i mówimy – zrobimy sobie teraz coś takiego, albo zrobimy zespół, który będzie brzmiał tak i tak.
Sylwester: Spotkaliśmy się we trójkę, inaczej po prostu nam nie wychodziło.
Kamil: W ogóle samo The White Stripes – od początku zarzucano im, że brzmią jak wszystko co jest stare. Ostatnio ktoś mówił w recenzji naszej, że numer zaczyna się jak Foxy Lady Jimi’ego Hendrixa. Jedyna odpowiedź na to jest taka, że to było White Stripes, którzy zapożyczyli sobie ten riff od Hendrixa. Deep Purple również ten sam riff podkradło Hendrixowi, a kto wie, komu podkradł go Hendrix?

musicis.pl: W ogóle skąd się wziął pomysł na ten sposób śpiewania? Masz taką charakterystyczną manierę – taki nieco skrzekliwy głos – bez urazy.
Kamil:
Spoko, już się uodporniłem. My zawsze lubiliśmy wrzaski, krzyki. Lubiliśmy takie wydzieranie się po prostu. Słuchaliśmy Nirvany, lubimy hałas, więc przyszło to naturalnie.

musicis.pl: Nie boicie się, że w czasach muzyki raczej elektronicznej, garażowe granie nie znajdzie wielu zwolenników?
Kamil:
Nie mamy wyboru tak naprawdę.
Sylwester: W takim razie musielibyśmy zacząć robić muzykę jaka jest teraz na topie, a zupełnie nie o to w tym chodzi.
Kamil: Nie jesteśmy jeszcze znani, nie wiadomo co będzie za rok tak naprawdę. Zauważyliśmy w ogóle, że w muzyce tak się układa dekadami. W tej dekadzie jeszcze nie ma takiego ostrego uderzenia gitarowego, więc może akurat – kto wie? Na pewno nie mierzymy w jakąś dużą publikę w Polsce, bo teraz zaczyna się czas i może akurat się w niego wstrzelimy, gdzie zespoły się przemieszczają. Nie tylko już po kraju, ale po Europie, po świecie. Robią swoje trasy koncertowe. Myślę, że mamy okazję się załapać na to w przyszłości. Zresztą mamy w planach koncerty zagranicą. No i publika zbiera się także na festiwalach – trochę jest tak, że frekwencja na koncertach jest jaka jest– my chcemy grać na festiwalach, gdzie jest duża publika.
Sylwester: Jest takie zjawisko, że ludzie przychodzą raz w roku na Open’era czy OFFa i w zasadzie odstukają większość zespołów, które chcieliby zobaczyć. Jest to może przekleństwo, ale z drugiej strony można zdobyć fanów w ten sposób.
Kamil: My też lubimy muzykę elektroniczną, ale nie będziemy tego robili, bardziej nas kręci gitarowe granie.
Sylwester: Możemy robić coś swojego, a możemy starać się wpasować w jakieś klimaty, a to nie byłoby autentyczne. Staramy się, żeby ta muzyka była w jakiś sposób autentyczna i była po części odzwierciedleniem nas samych.

musicis.pl: Przejdźmy do płyty – po trzech latach udało się, jest longplay! Szybko poszło Wam zarejestrowanie materiału – podobno wszystko nagraliście w pięć dni, prawda?
Kamil:
Tak było. Byliśmy dobrze przygotowani, mieliśmy dużo materiału. Dużo też odpadło przez te lata kiedy graliśmy. Podejrzewam, że połowa – więcej nawet niż połowa – nie była zarejestrowana nigdy. Czasem graliśmy coś tylko na koncercie, czasem tylko na próbach. Były gotowe kawałki, które potem umierały naturalnie. Te numery mieliśmy ograne, wystarczyło tylko przyjść, zagrać parę razy te kawałki i mieliśmy wszystko gotowe, nie było żadnego bawienia się z tym.
Sylwester: Też metoda którą nagrywaliśmy była pomocna w tym przypadku – nagrywaliśmy wszystko na tzw. setę, nie było mowy o muskaniu czegoś, przez co numery te brzmią tak jak brzmią i jest w nich zawarta ta energia, ten pierwiastek twórczy, który – mam nadzieję – słychać na płycie.
Kamil: Numery te nagrywane były tak, że mieliśmy jedno podejście, wiedzieliśmy, że to jest ta energia, że nam poszło. Apple Blossom nagrywaliśmy tak, że mieliśmy już kończyć sesję na ten dzień, byliśmy już pewnie lekko pijani i mieliśmy się doprawić. Nagle ktoś zaczął coś uderzać,  grać na gitarze i po prostu zagraliśmy ten numer. I wyszło świetnie – to było to.

musicis.pl: Jaka atmosfera panowała w studiu – stres z powodu nagrywania debiutu czy pełen luz?
Sylwester:
Nagrywaliśmy w naprawdę fajnym miejscu – w studiu Szymona Swobody Vintage Records. W ogóle atmosfera tam jest taka sielankowa, jest to pośrodku niczego, w środku lasu. Co jakiś czas wyjdzie paw i zacznie krzyczeć, wtedy człowiek jest trochę przestraszony. Ale warunki mieliśmy naprawdę sprzyjające. Szczególnie, że nagrywaliśmy tam wcześniej swoją drugą EP-kę. Kontakt z realizatorem, z producentem mieliśmy dość luźny.
Kamil: Nie było żadnych spięć między nami. Wiedzieliśmy dokładnie o co nam chodzi. Szymon też dokładnie wiedział o co nam chodzi. Mieliśmy tyle czasu, że też tak gładko nam wszystko szło.  To też Szymon odrobił swoją robotę – a my wiedzieliśmy dokładnie co ma powstać.

musicis.pl: Kawałki komponujecie wspólnie? Nie ma jednej osoby, która jest mózgiem?
Sylwester:
Mózgiem jest Paweł – nasz manager.
Kamil: Czasem jest coś gotowego i ktoś przynosi po prostu na próbę i to ogrywamy, a potem zmieniamy wszyscy razem.
Sylwester: Czasem bywa tak – na przykład Get Your Guns był takim impulsem – zbieramy się, zaczynamy coś pitolić i powstaje gotowy numer, jeden z fajniejszych, bez żadnego kombinowania, bez zmieniania harmonii.
Kamil: Zagraliśmy go, zajaraliśmy szluga i powiedzieliśmy sobie: to jest to!

musicis.pl: Nagrywacie dość krótkie kawałki takie w okolicach dwóch minut to celowy zabieg?
Kamil:
To jest związane z tą całą formą, którą przyjęliśmy. Inspirujemy się starymi rzeczami, które też miały krótką formę. Nawet Elvis Presley miał numery poniżej dwóch minut. I to zawrzało, to ma być taka esencja – but w drzwi – oto jesteśmy. Tak jest, tak nam wychodzi i tak robimy.

musicis.pl: Co teraz planuje Dead Snow Monster – poza trasą oczywiście. Zaczniecie pracę nad materiałem na kolejny krążek? A może już coś macie?
Kamil:
Już mamy parę nowych numerów, ale na razie skupiamy się na płycie, na promocji, na koncertach. Będziemy grali koncerty za granicą. Będą też na pewno koncerty w lutym, ale na tej trasie też się jeszcze coś pojawi – na razie nie mówimy o szczegółach. Na pewno będziemy chcieli uderzyć na festiwale, w międzyczasie nagramy jakiś krótki materiał. Póki co: jak najwięcej koncertów w jak największej ilości miejsc. To jest tak, że nas to po prostu nagle spotyka. Sami dużo nie planujemy. Pewnie gdybyśmy dokładnie wszystko planowali, to nic by nam z tego nie wyszło.
Sylwester: No, nie wychodzi nam to planowanie na dłuższą metę, na przykład dzisiaj mieliśmy wyjechać o 12:00 z Wrocławia, a wyjechaliśmy ciut później.
Kamil: Mnie dzisiaj pan z radia obudził o godzinie 8:30, Paweł mi mówił wieczorem, że będzie wywiad, nastawiłem sobie budzik na ósmą, obudziłem się, zasnąłem w międzyczasie i nagle telefon. Przez sen tak trochę porozmawialiśmy. Potem położyłem się spać dalej.

musicis.pl: To tak spontanicznie u Was.
Kamil: Tak, wszystko jest spontanicznie.

Nie ma więcej wpisów