Dwa świetne pierwsze albumy nominowane do Mercury Music Prize i wychwalane przez wszystkich bez wyjątku muszą wytwarzać ogromną presję. Natasha Khan sama przyznaje, że jest osobą bardzo ambitną, więc z pewnością łatwo przy tworzeniu trzeciej płyty jej nie było. Dodatkowym czynnikiem utrudniającym pracę było ogromne zmęczenie po długiej trasie promującej poprzedni materiał. Tak intensywna eksploracja ciała oraz umysłu doprowadziła do zablokowania możliwości kreatywnych wokalistki. Czując, że nie może nic napisać, Natasha zaczęła intensywne poszukiwania inspiracji, które zaprowadziły ją na lekcje rysunku, tańca oraz na rozmowę z jej dawnym nauczycielem sztuki. Podziałało, powoli pomysły zaczęły napływać, aż w końcu zainspirowana pewnym filmem napisała Lilies i wtedy już poszło gładko.

The Haunted Man jest albumem o stosunkach międzyludzkich, bardziej intymnym i osobistym niż poprzednie. Oznacza też koniec pewnej ery – folklor, duchy, wróżki i cała aura mistycyzmu, która dotychczas otaczała Bat for Lashes ustąpiły miejsca bardziej przyziemnym tematom. Tytułowy mężczyzna jest kimś z przeszłości, stale obecnym w naszym życiu, balastem, który musimy dźwigać dopóki nie uświadomimy sobie jego obecności i nie pozwolimy mu odejść. Idealnie ideę tę obrazuje zdjęcie z okładki płyty.

Pracując nad tym albumem, Natasha miała wielu pomocników. Jeden z nich – Dan Carey, producent, który miał okazję już pracować m.in. z Hot Chip czy M.I.A. – uważa, że Khan dosłownie widzi piosenki. Pewnie ma sporo racji, skoro w tytułowym kawałku słyszymy męski chór nagrany na krawędzi kanionu w celu zarejestrowania występującego tam naturalnego echa, a wszystko po to, aby odtworzyć wizję wokalistki, która chciała usłyszeć maszerujących i śpiewających żołnierzy. Cała tytułowa piosenka jest kompozycyjnym i producenckim majstersztykiem. W pewnym momencie w tle słychać jakby szum wiatru, następnie pojawia się narastający werbel, chór, a potem coraz to nowsze dźwięki dołączają z każdą sekundą, łącząc się w piękną, bogatą harmonię.

W wywiadach, poprzedzających wydanie The Haunted Man, wokalistka opowiadała, że album będzie szybszy oraz bardziej elektroniczny. Wygląda to trochę tak, jakby ze świata pradawnych legend Natasha przeniosła się do teraźniejszości, przy jednoczesnym zachowaniu typowej dla siebie wrażliwości. Lilies wita nas subtelną elektroniką, która dodaje charakteru eterycznemu wokalowi oraz szalejącym w refrenie dzwonkom i smyczkom, a All Your Gold w refrenie osiąga może nie klubowe, ale dosyć szybkie tempo. 

Trzecie długogrające dzieło Bat for Lashes jest na wskroś kobiecym albumem, nie tylko ze względu na dwa żeńskie imiona w tytułach, ale także teksty, w których narratorkami są kobiety skarżące się na brak porozumienia w związku (where you see a wall I see a door w A Wall), czy skrzywdzone i nie potrafiące już kochać (All Your Gold).  

Muzycznie, z dwóch kobiecych bohaterek wygrywa Marilyn, bo jest bardziej wyrazista, dynamiczna, a smyczki w refrenie dodają jej dramatyzmu. Szkoda, że tej wyrazistości zabrakło piosenkom, które po niej następują. O ile do numeru osiem album trzyma w miarę wysoki poziom, o tyle końcówka nie tylko nie zachwyca, a nudzi. Ostatnie piosenki ulatują z głowy wraz z wybrzmieniem ich końcowych dźwięków, więc można bez wyrzutów sumienia zakończyć przesłuchiwanie płyty na Marilyn.

Bat for Lashes zostawia nas ze sporym niedosytem, bo oczekiwania były spore. Pół albumu kwalifikuje się do miana rewelacyjnego, drugie pół przemija niezauważone i nie pomogła tu nawet armia producentów, ani sesje w domu Becka. Wciąż jest to niezły krążek, ale Natasha rozpieściła nas dwoma poprzednimi do tego stopnia, że teraz ciężko jest przełknąć coś słabszego.

Nie ma więcej wpisów