Każdy producent marzy o karierze, która stała się udziałem Calvina Harrisa. Ten kreatywny Szkot w 2007 roku przypomniał nam za co kochamy lata 80., chociaż wbrew tytułowi debiutanckiego albumu – nie było to disco. Dwa lata później, na kolejnym krążku, zwrócił się w stronę bardziej nowoczesnych klubowych klimatów – również z doskonałym efektem. Dźwięk jego syntezatorów stał się rozpoznawalną marką, a inni artyści zapragnęli korzystać z jego usług. Harris pomógł Dizzee Rascalowi pokazać bardziej klubowe oblicze, a także uświetnił swoją produkcją jeden z albumów Kylie Minogue. Swoje najnowsze wydawnictwo, 18 Months, promuje już ze statusem megagwiazdy, który zyskał przede wszystkim dzięki kolaboracji z najgorętszą gwiazdą pop ostatnich lat, czyli Rihanną.

O 18 Months mówiło się od dawna, ponieważ Harris ogłosił listę gości, którzy na albumie wystąpią, a jest to lista po brzegi wypełniona nazwiskami gwiazd. Jednak czy taka obsada (m.in. Kelis, Rihanna, Florence, Tinie Tempah, Ellie Goulding) automatycznie przesądza o artystycznych walorach krążka?

Zaczyna się obiecująco, krótki Green Valley obfitujący w rozmazane syntezatory, oparty na głębokim dźwięku basu – jest wstępem do pierwszego hitu z gościnnym udziałem Kelis. Jej ciepły wokal stanowi doskonały kontrast dla kłujących w uszy wysokich tonów płynących z klawiszy Calvina, a obowiązkowy szybki beat osiągający zawrotne tempo czyni ten kawałek idealnym materiałem na punkt kulminacyjny każdej imprezy.

We’ll Be Coming Back z udziałem Example albo Let’s Go – gdzie Ne-Yo swoim głosem wprowadza nutkę łagodnego r’n’b – brzmiałyby zdecydowanie lepiej, gdyby zostały przy swoim pierwotnym tempie. Ostry beat rozkręcający się w większości piosenek burzy nastrój i wydaje się nienaturalny, zupełnie jakby producent chciał je na siłę przyspieszyć. Kto powiedział, że każdy kawałek Calvina Harrisa musi być klubowym bangerem?

Mistrzostwem absolutnym jest za to Sweet Nothing, swoisty rewanż za remiks singla Spectrum, dzięki któremu piosenka Florence and the Machine spędziła sporo czasu na szczycie brytyjskiej listy przebojów. Harris chwilowo wyzwolił Florence z jej folkowego świata pełnego duchów oraz wróżek, zmieniając ją w divę klubowej muzyki, a ona odwdzięczyła się pełnią swoich możliwości wokalnych pokazanych w jego kawałku. Kolejnym gościem, który spisał się na medal jest Dizzie Rascal z towarzyszeniem Dillona Francisa. Między brytyjskim raperem a Harrisem musi istnieć jakiś rodzaj chemii, który pozwala im razem tworzyć tak dobre kawałki. Here 2 China promieniuje świeżą hip-hopową energią, aż nie sposób się przy tym nie pobujać.

Mocno house’owe i bardzo hałaśliwe eksperymenty w stylu Iron czy Awooga mogą drażnić. We mnie akurat budzą skojarzenia z rodzajem klubów, których staram się unikać. Na koniec nie sposób nie wspomnieć o We Found Love, ogranym do bólu wielkim triumfie Harrisa z Rihanną na wokalu. Trzeba przyznać (nawet jeśli nie lubi się Rihanny), że kawałek jest klasyczną definicją hitu, choć na albumie znajdują się lepsze.

Najbardziej gwiazdorski album Calvina Harrisa jest jak składanka typu Greatests Hits w wykonaniu różnych artystów, ale posiadającą jednego autora. Tylko że nie wszystko jest tu greatest, a nadmiar agresywnych beatów bywa bolesny dla uszu. Warto jednak po tę płytę sięgnąć, chociażby dla tych kilku świetnych momentów i dla nazwiska autora, które samo w sobie jest renomą.

Nie ma więcej wpisów