Jeśli ktoś uważa, że to Oasis są (a raczej byli) spadkobiercami The Beatles to znaczy, że albo gdzieś zgubił słuch, albo nigdy nie słyszał o Tame Impala. Mocno psychodeliczne gitary i wokal Kevina Parkera, przypominający Johna Lennona, sporo mówią o stylu, jaki obrali Australijczycy, chociaż tak ciasne kategoryzowanie byłoby niesprawiedliwe. Ale wróćmy do początku. Tame Impala to zespół czteroosobowy, jego mózgiem jest Kevin Parker – autor piosenek, człowiek, który delektuje się samotnością, a także ma bardzo sprecyzowaną wizję swojej muzyki.

Wydany dwa lata po debiucie, album Lonerism wciąż kultywuje tradycję psychodelicznego rocka z lat 60. oraz 70., ale równocześnie odznacza się sporą nowoczesnością. Sekretem Tame Impala jest umiejętność czerpania z przeszłości przy jednoczesnym korzystaniu ze wszystkich dobrodziejstw teraźniejszości, a konkretnie nowej technologii. Dzięki takim zabiegom Australijczycy nie brzmią jak tribute band oddający hołd swoim idolom z zamierzchłej przeszłości, a raczej jak czwórka młodych ludzi, kombinujących w jaki sposób można tchnąć nowe życie w tamtą epokę.

Rezultat misji, jakiej podjął się Kevin Parker wraz z kolegami, jest olśniewający. W jednym z wywiadów, frontman zespołu powiedział, że chce, aby te piosenki uderzały w nas jak fala i jakkolwiek dziwne może się to wydawać – udało mu się. W otwierającym album Be Above It przychodzące i odchodzące fale gitar uderzają z siłą tsunami, a pędzący rytm wraz z obsesyjnym szeptem, powtarzającym: Gotta be above it, prowadzą do utraty tchu, mimo że my przecież tylko siedzimy i słuchamy.

Wokal Parkera w każdym kawałku dochodzi z oddali. Przykryty warstwą gitar oraz syntezatorów, utrzymuje bezpieczny dystans do reszty świata. Nie jest to przypadek, albowiem tytuły takie jak Lonerism, Why Won’t They Talk to Me czy wspomniany Be Above It sugerują, że mamy do czynienia z jednostką aspołeczną.

Na pierwszym planie zatem zawsze mamy rozchwiane gitary, czasem też nieostre, synthpopowe klawisze (Endors Toi), chyba że akurat głęboki rozkołysany bas i bębny przejmą dowodzenie (Mind Mischief). Schowany w środku albumu Feels Like We Only Go Backwards ma nieziemsko chwytliwy i rytmiczny refren, w którym Parker skarży się na nieporozumienia w swojej relacji z partnerką. W Keep on Lying natomiast wokalista eksploruje temat bezsensowności swojego związku, podsumowując go drastycznymi słowami: Please understand that it never really was love, a następnie podkreślając tę tezę ostrymi, zapętlonymi riffami.

Zdaje się, że nad Tame Impala naprawdę unosi się duch Johna Lennona, bo udało im się nawet stworzyć coś na wzór ich własnej Lucy. She Just Won’t Believe Me to dokładnie 59 sekund czystego odlotu, przedmioty przestają mieć wyraźne kontury, a rzeczywistość spowija nagle gęsta mgła wypełniona słodkim dźwiękiem syntezatorów.

Element zaskoczenia jest cennym komponentem każdego albumu. Lonerism pod tym względem bryluje, bo nigdy nie wiadomo, w którą stronę muzycy skręcą w kolejnej piosence. Tame Impala kuszą słodkimi synth-przestrzeniami, uwodzą rozmazanymi gitarami, a czasem uderzają słuchaczy ostrymi, bluesowymi riffami.

Kevin Parker chciał, aby jego zespół posiadał magiczną właściwość potężnego brzmienia przy jednoczesnym zachowaniu tekstowego introwertyzmu, tak jak jego idole ze starego rockowego zespołu Supertramp. Jak powiedział, tak zrobił – niesamowita i godna pozazdroszczenia jest precyzja z jaką ten człowiek potrafi przełożyć własne myśli na muzykę.

Nie ma więcej wpisów