Takiego indie brakowało mi od czasu kiedy Coldplay postawił na koncerty stadionowe i współpracę z Rihanną, Muse popadli w manię wielkości, a o innych słuch zaginął. Przy tak szerokim dostępie do muzyki jaki dzisiaj mamy, praktycznie codziennie słyszymy o kimś nowym, ale często kończy się na jednym przesłuchaniu, stwierdzeniu, że coś jest ładne, ale zawrotu głowy nie powoduje. Tym razem jest inaczej, debiutancka EP-ka Smoke & Jackal zawiera w sobie emocjonalny ładunek Love Is Here Starsailor i subtelność The Man Who Travisa, chce się jej słuchać i nie chce przestawać.

EP No.1 to najbardziej jesienny z jesiennych albumów, melancholijny, nastrojowy, a przy tym wciągający. Smoke & Jackal starannie dozowali nam przyjemność obcowania z ich muzyką poprzez stopniowe ujawnianie pojedynczych utworów jeszcze przed premierą całości. Jednym z pierwszych kawałków, które poznaliśmy, był Fall Around, w którym od samego początku wita nas dobrze znany bas Jareda Followila, ale zamiast rockowej energii jego rodzimego zespołu – słyszymy wyznaczniki stylu Smoke & Jackal, czyli łagodne, przygaszone gitary i leniwy, ale pełen emocji wokal Nicka Masona.

EP- ka została stworzona w Nashville, co zobowiązuje do pewnego rodzaju brzmienia. Klimat amerykańskiego południa, na którym Kings of Leon zbudowali swoją karierę, jest wyraźnie odczuwalny w charakterystycznym brzmieniu gitar w OK OK, ale dynamiczny, pulsujący bas szczególnie wyraźny w Road Side wprowadza do ich brzmienia trochę nowoczesności.

Wyjątkowe podejście do sekcji rytmicznej objawia się też w kończącym album Save Face, gdzie perkusja uwodzi lekkim, przestrzennym brzmieniem, a gitary – na bądź co bądź gitarowym albumie – schowane są z tyłu, jakby celowo ustępując pierwszeństwa rytmowi.

No.1 EP jest w połowie spowita mrokiem i tajemnicą, a w połowie otwarta, dynamiczna i przebojowa. Dwoistość tę najlepiej obrazuje You’re Lost, w którym niski, zmysłowy wokal prowadzi nas przez zwrotkę aż do refrenu, gdzie z ogromną siłą eksplodują gitary, a my łapiemy się na mimowolnym śpiewaniu razem z Nickiem Masonem.

Sama postać wokalisty jest tu równie ważna co kompozycyjne oraz producenckie sztuczki, a może nawet najważniejsza, bo to on swoim głosem w dużej mierze kreuje atmosferę tego krążka i steruje emocjami słuchaczy.

Smoke & Jackal nie osiągną tego stopnia przebojowości co Kings of Leon, więc popularność klanu Followilów raczej nie stanie się ich udziałem. Mimo to, ich subtelność, ciekawe podejście do struktury kompozycji i mistrzowskie kreowanie atmosfery już zapewniły ich małemu dziełu miejsce wśród najlepszych indie-rockowych albumów.

Nie ma więcej wpisów